Tom W:
Coś mnie obudziło. Powoli otworzyłem moje zaspane oczy na dźwięk kobiecego głosu.
- Cześć mamo. - uśmiechnąłem się błogo.
Zaraz, coś tu nie pasuje. Przecież leżę w hotelowym łóżku. Tu nie ma mamy... Doleciał do moich uszu głos przyjaciela:
- Proszę mu wybaczyć, z rana miewa spadki wydajności.
- Nieważne. Sobota, punkt dziesiąta. I to moje ostatnie słowo! O, i posprzątajcie ten syf!
- Więc to nie było pani ostatnie słowo - usłyszałem jego lekceważący ton, a sekundę później trzaśnięcie drzwi, od którego zatrzęsły się framugi.
- Co za nieznośna baba. - podniosłem się do pozycji siedzącej i ujrzałem Mika ubranego tylko od pasa w dół, z pastą do zębów w ręku. Patrzyłem jak siada na łóżku, podnosi pierwszą lepszą koszulkę z połogi, wącha ją, po czym wkłada na siebie. Kiedy nasze oczy się spotkały, zdał sobie sprawę, że nie za bardzo mam pojęcie co się właśnie wydarzyło.
- Kazała zapłacić za zakwaterowanie, ale starczyło mi tylko na cztery kolejne dni. Zapytałem, czy nie podarowałaby nam tych dziesięciu dolców za niedzielę, ale ona puściła z oczu takie pioruny, że bałem się, czy mi nie spali włosów. Serio, ta kobieta to cholerny bazyliszek.
- Jest jakiś plus. Przynajmniej mamy 10 $.
- I czas do soboty. Błagam, powiedz, że znalazłeś mieszkanie.
- Gdzie? W Drippy House? - zrobiłem przerażoną minę. - W życiu tam nie wrócę.
- Wiedziałem że coś jest nie tak. Dach jest nieszczelny, prawda?
- Gorzej. Kanalizacja.
- Cała? - popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Cała.
- Jaja sobie robisz.
- Nie, Nie chcę nawet o tym gadać.
Roześmiał się, widząc mój zdegustowany wyraz twarzy.
- Okej, to chodźmy szukać dalej. Mamy mało czasu. - stwierdziłem, ziewając, po czym ruszyłem w stronę drzwi. Zerknął na mnie szyderczo.
- A może byś się najpierw ubrał?
Spojrzałem w dół, na moje bokserki.
- Chyba masz rację, bez ubrania może być ciężko.
- Wiesz co, może powinieneś się jeszcze przespać. - powiedział. - Tak dla twojego dobra, bo nie sądzę, że wstawanie o siódmej rano dobrze na ciebie działa.
- Że której?
W tym momencie po prostu wsunąłem się do łóżka, nakrywając głowę poduszką i postanowiłem mieć wszystko gdzieś przez następne trzy godziny.
- Nieważne. Sobota, punkt dziesiąta. I to moje ostatnie słowo! O, i posprzątajcie ten syf!
- Więc to nie było pani ostatnie słowo - usłyszałem jego lekceważący ton, a sekundę później trzaśnięcie drzwi, od którego zatrzęsły się framugi.
- Co za nieznośna baba. - podniosłem się do pozycji siedzącej i ujrzałem Mika ubranego tylko od pasa w dół, z pastą do zębów w ręku. Patrzyłem jak siada na łóżku, podnosi pierwszą lepszą koszulkę z połogi, wącha ją, po czym wkłada na siebie. Kiedy nasze oczy się spotkały, zdał sobie sprawę, że nie za bardzo mam pojęcie co się właśnie wydarzyło.
- Kazała zapłacić za zakwaterowanie, ale starczyło mi tylko na cztery kolejne dni. Zapytałem, czy nie podarowałaby nam tych dziesięciu dolców za niedzielę, ale ona puściła z oczu takie pioruny, że bałem się, czy mi nie spali włosów. Serio, ta kobieta to cholerny bazyliszek.
- Jest jakiś plus. Przynajmniej mamy 10 $.
- I czas do soboty. Błagam, powiedz, że znalazłeś mieszkanie.
- Gdzie? W Drippy House? - zrobiłem przerażoną minę. - W życiu tam nie wrócę.
- Wiedziałem że coś jest nie tak. Dach jest nieszczelny, prawda?
- Gorzej. Kanalizacja.
- Cała? - popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Cała.
- Jaja sobie robisz.
- Nie, Nie chcę nawet o tym gadać.
Roześmiał się, widząc mój zdegustowany wyraz twarzy.
- Okej, to chodźmy szukać dalej. Mamy mało czasu. - stwierdziłem, ziewając, po czym ruszyłem w stronę drzwi. Zerknął na mnie szyderczo.
- A może byś się najpierw ubrał?
Spojrzałem w dół, na moje bokserki.
- Chyba masz rację, bez ubrania może być ciężko.
- Wiesz co, może powinieneś się jeszcze przespać. - powiedział. - Tak dla twojego dobra, bo nie sądzę, że wstawanie o siódmej rano dobrze na ciebie działa.
- Że której?
W tym momencie po prostu wsunąłem się do łóżka, nakrywając głowę poduszką i postanowiłem mieć wszystko gdzieś przez następne trzy godziny.
Yuri:
Stałem właśnie na drabinie w stuletniej koszuli upapranej farbą, narzekając w myślach na swój nędzny los, kiedy w korytarzu zadzwonił telefon. Odłożyłem więc walkmana na półkę i pobiegłem odebrać.
- Halo?
- Psssssst. Yurinator zgłoś się! Mamy ważną misję, powtarzam, ważną misję. Trzeba sprowadzić na ziemię pewnego zagubionego wędrowca, podejrzewamy uprowadzenie na planetę Bremerton, powtarzam uprowadzenie. Odbiór!
"Chyba Mike z Tomem nieźle się bawią" - pomyślałem
- Pssssst. Obcy zaprzęgli porwanego do robót przy malowaniu ich statku kosmicznego. Pssssst. Nie wie, kiedy zdoła się uwolnić. Bez odbioru.
- Co? Chyba żartujesz. - odezwał się Tom, któremu najwyraźniej znudziła się astronaucka gadka.
- Mamy zero kasy - słuchawkę przejął Mike - zostało nam cztery dni, nie damy rady.
- Właśnie, przyjedź i nam pomóż.
- Ej, oddawaj słuchawkę.
- Ja byłem pierwszy!
- Gówno prawda.
Nie wierzę, ale z nich dzieciuchy.
- Chłopaki, dość! Powrót w tej chwili odpada, jestem tu uziemiony. Mama wzięła mnie na poczucie winy; wiedziałem, że nikt inny nie pomoże jej w remoncie, ale trzymam za was kciuki. Znajdźcie coś, byle co, ale żeby było.
- A w jakim stopniu potrzebujesz sprawnej kanalizacji? - Tom znowu zabrał głos.
- O czym ty do mnie mówisz? - zapytałem.
- Nieważne. W każdym razie to nie jest tak łatwe, jak ci się wydaje.
Zastanowiłem się nad sprawą. Jedyne, co udało mi się wymyślić:
- Zawsze przecież możemy wrócić do rodziców. - To było dla mnie jedyne logiczne wyjście z sytuacji.
Usłyszałem szum - Obiecaliśmy im, że się usamodzielnimy, ja nie zamierzam wracać, błagając o pieniądze. - odezwał się Mike, a raczej jego pieprzona duma.
Znowu szum - Właśnie, nie jesteśmy takimi życiowymi ciotami, żeby wracać.
- O, mama przyszła. Muszę kończyć, ale obiecuję, że przyjadę, kiedy to tylko będzie możliwe. Jakby co dzwońcie, cześć. - rozłączyłem się.
Tak naprawdę nie wróciła, po prostu miałem ich dość. Przypomniałem sobie czasy naszej pierwszej trasy, kiedy to utknąłem z nimi w maleńkim, przepakowanym busie na dwa miesiące. "Będę mieszkać z tymi dwoma do końca moich dni" - przeleciało mi przez myśl. Wróciłem do salonu i z powrotem włożyłem słuchawki, próbując odegnać tę myśl. "Najnowszy album Starflyera - idealnie". Następnie wdrapałem się na drabinę z nadzieją, że jeszcze nie wszystko wyschło.
Travis:
Buły są, pieczarki są... gdzie ser?
- Tom, gdzie jest ser?
- W lodówce, a niby gdzie?
Tak, robiliśmy żarcie. Nie, nie potrafimy gotować. Pomyśleliśmy, że głupie zapiekanki nam wyjdą, w końcu to nic trudnego; nic bardziej mylnego. Zajrzałem do lodówki ponownie, w poszukiwaniu jakiegoś odcienia żółci. Nic, kompletna pustka. Tak to jest, jak się wysyła Toma po zakupy. Czego ja się spodziewałem?
- Jakoś go nie widzę. - powiedziałem, nurkując coraz głębiej w zimnej toni lodówki.
- Boś ślepy.
- Mówię ci, nie ma go!
- Sam go przecież kupowałem. Mam tam do ciebie iść? - wszedł do kuchni, a następnie wyciągnął z lodówki jakieś opakowanie.
- Mówiłem, ślepiec. - stwierdził.
Popatrzyłem na niego, później na ser i chwilę później nie mogłem wyrobić ze śmiechu.
- Jak można... być takim... idiotą? - po prawie minucie dalej próbowałem złapać oddech. Popukałem przyjaciela w ten jego pusty łepek.
- Ty naprawdę coś tam masz?
- Człowieku, o co ci chodzi? Ooch. - zerknął na mnie z konsternacją, chyba zrozumiał, - Miał być żółty?
- A jadłeś kiedyś zapiekanki z białym serkiem? Napisałem ci śliczną karteczkę, co masz kupić, jak dziesięciolatkowi!
- Napisałeś "ser" frajerku. Nie było nic jaki. - zerknął na mnie spod byka. Teraz już serio wyglądał jak obruszony przedszkolak. I to nawet bardziej niż zwykle.
- Zawiodłem się na tobie.
- Przestań już, okej? Każdemu się może zdarzyć pomyłka.
- Dobra, nie mam pytań. Jak zrobisz mi z tym zapiekankę, to się odczepię. - zadrwiłem.
- A zrobię! I to jaką. Zrobię najzajebistsze zapiekanki na jebanym świecie!
- To czekam, tylko chaty nie spal. - Wszedłem do salonu, rozsiadłem się wygodnie i włączyłem TV.
- Traktujesz mnie jak ułomnego! - usłyszałem z kuchni.
Kilka chwil później do moich uszu doleciało:
- Ała!
- Ej, uważaj na palce, bo nie chcę być przemianowany na gitarzystę!
Potem głośnie prychnięcie i dalsze odgłosy krzątania.
Dwadzieścia minut później do mieszkania wparował Mark. Stanął w miejscu, podejrzliwie poruszył nosem, spojrzał na mnie, a następnie w stronę kuchni.
- Nawet nie pytaj. - odpowiedziałem na nieme pytanie.
- Ok. Powiedz tylko - i tak będziemy musieli iść do baru?
- To więcej niż prawdopodobne - zaśmiałem się.
Chwilę później pojawił się Thomas.
- Bam mothafuckas! - otworzył drzwi z kopa i dumny jak paw królewski położył nam przed nosami swoje dzieło.
Tom patrzył na mnie z wyczekującym wyrazem twarzy, więc nie było już odwrotu - musiałem spróbować.
- Nawet niezłe, tylko trochę czuć spalenizną. - uczciwie podsumowałem.
- Sam jesteś spalenizna. Mark, teraz twoja kolej.
- Co to jest to białe. - spojrzał na niego podejrzliwie.
- Nic o czym teraz myślisz. No dawaj.
- Mmm... niebo w gębie.
- Serio? - Tomowi zapaliły się lampki w oczach.
- Nie. - roześmiał się i rzucił w Toma pieczarką.Ten w odwecie ściągnął ze swojej zapiekanki pomidora. Serio? Dlaczego każda czynność z nimi w roli głównej musi się zawsze kończyć tak samo?
- Znowu macie zamiar się naparzać wszystkim, co do tego nie służy?
- Daj spokój, Travis. Jeszcze ze dwa lata w zespole i się przyzwyczaisz. - Odezwał się Hoppus z włosami upapranymi serem, nie przerywając ofensywy. Fakt, naprawdę grałem z nimi stosunkowo od niedawna, ale po tym, co już widziałem, jestem pewny, że nie da się przyzwyczaić. Postanowiłem więc jak najszybciej skończyć moją porcję i wyjść z pomieszczenia, zanim ktoś wpadnie na pomysł użycia jej jako kuli armatniej. Siedziałem na kanapie, gdy do salonu weszło moich dwóch przyjaciół, wesoło pogryzając same bułki, bo reszta była na ich ubraniach i prawdopodobnie w kuchni. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Mark poszedł otworzyć, po chwili zobaczyliśmy czarnowłosą kobietę, ubraną dość gustownie - czarna sukienka, krótka damska kurtka, wysokie obcasy. Co ona tu robi? Widząc, jak się na nią gapimy Mark pospieszył z wyjaśnieniem:
- Chłopaki, to Scarlett, poznaliśmy się w kawiarni dwa tygodnie temu. Dałem jej mój adres, żeby wpadła jak będzie miała więcej czasu. - dobra, to wiele wyjaśnia. Tylko co on do cholery robił w kawiarni? I tak nie wydałby sześciu dolców na głupią kawę.
- Cześć - machnąłem jej przyjaźnie ręką.
- Cześć - odpowiedziała dziwnie cicho. "Wstydzi się mnie, czy jak?"
Tom też chciał coś powiedzieć, ale Mark, zdawszy sobie sprawę z tego, jak wygląda szybko wepchnął go do łazienki i zamknął za sobą drzwi.
- Hej! - obruszone echo naszego kumpla odezwało się z łazienki, na co ja parsknąłem głośnym śmiechem; uwielbiam ten ton.
Później nastała chwila ciszy. Scarlett popatrzyła się na nas z konsternacją.
- Eem, mogę usiąść?
- Wypuść mnie, skurwiu! - ponownie dało się słyszeć echo z łazienki.
- O, tak, pewnie. - Mark uśmiechnął się nerwowo. - Na kanapie, albo... - przerwał - na kanapie.
Podeszła i stukocąc obcasami przysiadła na drugim końcu kanapy, daleko ode mnie, łypiąc oczami po naszym stylowym apartamencie. "Co jest ze mną nie tak?" - po raz drugi zadałem sobie to pytanie. Hoppus również usiadł, idąc jej śladem. Nie wiem, czemu wykopał Toma do łazienki, sam wyglądał nawet gorzej. Dziewczyna chyba też to zauważyła.
- O Jezu, co ci się stało?! - popatrzyła na jego unieruchomioną nogę i facjatę pokrytą tu i ówdzie siniakami.
- A, to. To nic, po prostu nadepnąłem na szkło.
- A twarz?
- Wiesz, doszło do małego, hmm, nieporozumienia.
- Macie tu bójki? - znów na mnie spojrzała, a właściwie na moje liczne tatuaże, wystające spod koszulki bez rękawów. Wydawała się nieco przestraszona.
- Czego się tak na mnie gapisz? Czy ja wyglądam na jakiegoś gangstera? - wypaliłem. Może nie powinienem, ale nie wytrzymałem. Jak ktokolwiek mógł pomyśleć, że jestem w stanie od tak przywalić przyjacielowi? Już prędzej on mi.
- T-nie! Znaczy, ja tylko tak tego... - jej oczy powędrowały wzdłuż ściany, unikając mojego wzroku.
Mark postąpił krok do przodu, otwierając usta, chyba miał zacząć desperacką próbę tłumaczenia się. Jakby to miało coś dać. Przestawszy napierać na drzwi uwolnił jednak Toma z kiblowego więzienia.
- Co ona tu tak serio robi?! Ja spłaciłem już wszystkie długi! - to powiedziawszy potknął się o próg i runął niczym kłoda, przygniatając Marka do ziemi. Nigdy nie widziałem większego zdziwienia , niż to, które malowało się w tym momencie na jej twarzy gdy obserwowała przypadkową "orgię" dwóch mężczyzn upapranych pomidorami na dywanie. Cóż za widowisko. Chociaż z drugiej strony, było mi jej trochę żal. Chyba faktycznie już się do nich przyzwyczaiłem, że tego rodzaju obrazy mnie nie ruszały. No, może trochę.
- Złaź. Scarlett, poczekaj! Wszystko ci wytłumaczę. Złaź mówię. - usłyszeliśmy głos Markiego, który próbował niezgrabnie wygramolić się spod przyjaciela. Nigdy nie widziałem czegoś piękniejszego i bardziej niszczącego jednocześnie.
I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. To było ostanie czego się spodziewałem. Wzrok wszystkich w pokoju powędrował w jeden punkt. Tom wstał z Marka i poszedł otworzyć, zanim mi przyszło to głowy. Do pokoju wparował wściekły koleś, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy. Niemal rozwalił drzwi. Następnie chwycił osłupiałego Thomasa za kołnierz koszulki i przyparł go do ściany. A właściwie wręcz nim walnął.
- Pożałujesz, kutasie! - zaczął drzeć ryja, przymierzając się wolną ręką do uderzenia przyjaciela, lecz ten na szczęście zdążył się uchylić. Niestety przy drugim ciosie nie miał już tyle szczęścia.
- Idź w chuj, psycholu jeden! - Tom złapał się za nos, odepchnął się od ściany, a następnie popchnął przeciwnika, który poleciał nieznacznie w tył.
- Co ty tu w ogóle robisz?! Nawet cię pojebie nie znam! - wyskrzeczał sfrustrowany Thomas.
- Zamknij mordę Hoppus! - prychnął tamten, próbując dosięgnąć Toma, zanim zdąży się obronić. Bez skutku.
- Chyba cię dziewczynko posrało! Nie jestem żaden Hoppus!
- Jak to kurwa nie? - na moment przerwał swoją falę rozmaitych kopnięć uderzeń, unosząc brwi wyraźnie do góry. Mark, który tak jak ja, do tej pory obserwował wydarzenie w milczeniu, postanowił wykorzystać ten moment i pomóc przyjacielowi rzucając się na tego chorego faceta z pięściami, a raczej z pięścią, bo drugą ręką w dalszym ciągu musiał się podpierać. Tommy w mgnieniu oka był już przy tym niezrównoważonym frajerze, po tym jak odrzucił Marka do tyłu solidnym ciosem w brzuch.
- Nie obchodzi mnie który to z was! Ani który to ten jej były! Wara od mojej dziewczyny, kundle! - wrzeszczał, próbując unikać kolejnych ciosów, czy też kilku uderzeń kijem, które zostały mu z trudem sprezentowane przez Marka. Ten to zawsze rwał się do walki. Może to ja powinienem był dołączyć, ale nie miałem bladego pojęcia kim on był i co się działo.
Koleś rzucał się od jednego do drugiego, nie tylko wyładowując na nich swoją frustrację, ale także rzucając w nich rozmaitymi obelgami.
- Odpieprzyć się od MOJEJ Nancy!!
W tym momencie zdałem sobie sprawę co się dzieje. To był ON. Ten skurwiel, który ukradł mi dziewczynę. Tyson, ha? Może raczej Dick'sSon?! Mój puls podniósł się nagle gwałtownie do góry, a moje pięści automatycznie ściskały się coraz ciaśniej. "Żywy stąd nie wyjdzie, dopilnuję tego" - przeszło mi przez głowę. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem wstawać, lecz usłyszałem cichy, niemal nieuchwytny pisk niedaleko mnie. Coś mnie tknęło, zerknąłem w bok.
Zupełnie zapomniałem o przerażonej, młodej dziewczynie, która siedziała na drugim końcu kanapy, teraz skulona w kłębek, zupełnie sama w obcym mieszkaniu, z drzwiami wyjściowymi zablokowanymi przez trzech ostro wkurzonych, tłuczących się nawzajem mężczyzn. Gdy zobaczyła, że się jej przyglądam, jedynie powtórzyła pisk. Zrobiło mi się tak niesamowicie żal w tej chwili, że okrzyki bójki jakby przycichły, a wszechogarniająca złość niemal wyparowała.
- Chodź - powiedziałem cicho, kładąc rękę na jej ramieniu. - Popatrzyła na mnie przerażonymi oczami, które wydawały się w tym momencie wielkimi szklanymi kulami. - No dalej. - dodałem jej otuchy, prowadząc ją cicho do drzwi sypialni.
Uchyliłem drzwi, przez które moja nieszczęsna towarzyszka szybko się wślizgnęła. Zatrzaskując je, odizolowałem nas przynajmniej w połowie od podniesionych głosów i dźwięku tłuczonego szkła. "Co ja bym dał, żeby też móc mu zreperować facjatę?" - pomyślałem, siadając jednak w bezpiecznej odległości od Scarlett, tylko odrobinę teraz spokojniejszej.
- Hej, nie bój się. Nie ma czego. To tylko głupia nawalanka kilku facetów, właściwie standard. - gadałem bez sensu, w końcu priorytetem w takiej chwili było uspokoić dziewczynę.
- Ja wiem, ale ja, em... no wiesz, nigdy nie byłam w podobnej sytuacji. - zaczęła cicho, odsuwając się ode mnie, kiedy próbowałem przysunąć się bliżej. Wyglądała, jakby były na skraju histerii - Wiodę bardzo spokojne życie i, ja tylko... chciałam żeby ten dzień był miły - oczy ponownie się zaszkliły - chciałam poznać kogoś nowego. Moje życie nie ma sensu! - cichy szloch znalazł drogę do moich uszu.
"Szlag. Co teraz? - pracuj móżdżku, pracuj."
- Hej, co jest? Czego płaczesz? Nie wyglądasz na osobę, której by czegoś brakowało.
- Nic nie rozumiesz! - wybuchła, zagłuszając nieco krzyki, dochodzące z salonu - Moje życie to jeden wielki paradoks! Całe życie zmarnowałam dla zasranej szkoły i jakichś tępych zajęć dodatkowych, które gówno mi dały, studiuję medycynę tylko dlatego, że nie umiałam przeciwstawić się moim rodzicom z przerośniętymi ambicjami, straciłam swoje hobby na rzecz przypodobania się dorosłym, a i tak nie skończę tych zasranych studiów, bo i tak mdleję na widok zwłok! Nie mam nic! Nic... - chlipnęła - a teraz w dodatku siedzę w jakiejś brudnej dziurze z jakimś dziwnym, wytatuowanym po uszy typem, który pewnie mi coś zrobi i nie mogę nawet uciec. - dodała, już niemal szeptem.
- Wow. - To jedyne, co zdołałem się z siebie wykrztusić, próbując jednocześnie schować swoją, nadszarpniętą jej słowami dumę do kieszeni.
- Podniosła wzrok z miejsca, gdzie siedziała skulona na rogu łóżka, znowu wydawała się przerażona. - Ja... ja nie chciałam, ja tylko...
- Słuchaj. - zacząłem. - Zignorujmy to, co właśnie powiedziałaś. Jesteś zmęczona, przestraszona i - BAM! Niezidentyfikowane ciało uderzyło głucho o ścianę, dzielącą nas od salonu. - Ty chuju! Prawie złamałeś Markowi nos!!! - dobiegł mnie charakterystyczny, skrzekliwy wrzask.
- ...I nie chcesz tu być. - dokończyłem poprzednią sentencję. - Ja też zresztą nie. Idziemy na lody.
- Jak? - zmarszczyła brwi.
- Przez okno - zaśmiałem się. - Chciałaś przygody, to było od razu do nas wpaść.
- O-okej. - popatrzyła na mnie z powątpiewaniem. - Ale to drugie piętro.
- Nie ufasz mi? - uśmiechnąłem się wyzywająco, na co kąciki jej ust po raz pierwszy powędrowały nieco do góry. "Sukces!" - pomyślałem.
- Ufam, ech, chyba. Może.
- Dobra, powiem ci co zrobimy. Zwieszamy się z parapetu na tamten budynek piętro niżej, później podchodzimy do krawędzi i korzystamy z rynny. Nie zawali się, sprawdzałem. Rynny na tym osiedlu muszą pamiętać czasy Indian. Nie bój się tylko, robiłem to setki razy. Nie masz lęku wysokości?
- Nie. Ale jestem w szpilkach i sukience... - odpowiedziała, dalej nie przekonana. - doleciały do nas kolejne krzyki. - Dobra, zwiewamy. - powiedziała, otwierając szeroko oczy.
- Buty ja wezmę, nie możesz w nich schodzić. A co do sukienki, to nie będę patrzył. Obiecuję. - uśmiechnąłem się, już pomagając jej wejść na parapet. - Ja pierwszy, a później cię złapię.
Mimo niedowierzania ze strony mojej nowej znajomej, akcja się udała. Staliśmy teraz bezpiecznie na chodniku, a ona ubierała swoje buty. Uświadomiłem sobie, że na szczęście miałem jakieś drobniaki w kieszeni, w końcu obiecałem jej lody. Na szczęście już nie wyglądała jakby chciała uciec ode mnie jak najdalej. No, trzeba przyznać, złapanie kogoś po puszczeniu się z parapetu kilkanaście metrów nad ziemią może przysporzyć nieco zaufania do tej osoby, nawet do takiego "dziwnego, wytatuowanego typa" jak ja. Wydostawszy się z wnętrza naszej zdezelowanej jaskini, Scarlett nagle stała się dużo mniej histeryczna, teraz można z nią było trochę pogadać.
- Więc co to było za wielkie marzenie, z którego musiałaś zrezygnować? Opowiadaj. - zachęciłem, siedząc razem z dziewczyną na dość wysokim murze starej fabryki i pociesznie liżąc mojego świderka.
- To trochę głupie. Nie, to się nigdy nie stanie. - znowu się speszyła.
- No dalej dziewczyno, wykrztuś to z siebie!
- Akademia Sztuk Pięknych. - zaczerwieniła się nieco. - Tak, wiem, zero przyszłości...
- I to niby miał być ten twój wielki sekret? Jak dla mnie świetny wybór. I nie wmawiaj sobie, ze nie masz talentu, wszyscy artyści mówią to samo, ja się nie nabiorę.
- Dobra. - przerwała. - Teraz powiedz coś o sobie zamiast prowadzić przesłuchanie. - Wiesz kim był ten szaleniec, który się rzucił na twoich koleżków?
- Niestety. - westchnąłem. - Wolałbym nie.
- Co to znaczy?
- Opowiem ci bajkę na dobranoc. - powiedziałem, spoglądając na słońce, które zaczęło chylić się powoli ku zachodowi. - Był sobie pewien zafajdany, "dziwny, wytatuowany typek" który zakochał się na zabój w dziewczynie, miała na imię Nancy i była aniołem. Szkoda tylko że tym jednym, upadłym..."
Dwadzieścia minut później do mieszkania wparował Mark. Stanął w miejscu, podejrzliwie poruszył nosem, spojrzał na mnie, a następnie w stronę kuchni.
- Nawet nie pytaj. - odpowiedziałem na nieme pytanie.
- Ok. Powiedz tylko - i tak będziemy musieli iść do baru?
- To więcej niż prawdopodobne - zaśmiałem się.
Chwilę później pojawił się Thomas.
- Bam mothafuckas! - otworzył drzwi z kopa i dumny jak paw królewski położył nam przed nosami swoje dzieło.
Tom patrzył na mnie z wyczekującym wyrazem twarzy, więc nie było już odwrotu - musiałem spróbować.
- Nawet niezłe, tylko trochę czuć spalenizną. - uczciwie podsumowałem.
- Sam jesteś spalenizna. Mark, teraz twoja kolej.
- Co to jest to białe. - spojrzał na niego podejrzliwie.
- Nic o czym teraz myślisz. No dawaj.
- Mmm... niebo w gębie.
- Serio? - Tomowi zapaliły się lampki w oczach.
- Nie. - roześmiał się i rzucił w Toma pieczarką.Ten w odwecie ściągnął ze swojej zapiekanki pomidora. Serio? Dlaczego każda czynność z nimi w roli głównej musi się zawsze kończyć tak samo?
- Znowu macie zamiar się naparzać wszystkim, co do tego nie służy?
- Daj spokój, Travis. Jeszcze ze dwa lata w zespole i się przyzwyczaisz. - Odezwał się Hoppus z włosami upapranymi serem, nie przerywając ofensywy. Fakt, naprawdę grałem z nimi stosunkowo od niedawna, ale po tym, co już widziałem, jestem pewny, że nie da się przyzwyczaić. Postanowiłem więc jak najszybciej skończyć moją porcję i wyjść z pomieszczenia, zanim ktoś wpadnie na pomysł użycia jej jako kuli armatniej. Siedziałem na kanapie, gdy do salonu weszło moich dwóch przyjaciół, wesoło pogryzając same bułki, bo reszta była na ich ubraniach i prawdopodobnie w kuchni. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Mark poszedł otworzyć, po chwili zobaczyliśmy czarnowłosą kobietę, ubraną dość gustownie - czarna sukienka, krótka damska kurtka, wysokie obcasy. Co ona tu robi? Widząc, jak się na nią gapimy Mark pospieszył z wyjaśnieniem:
- Chłopaki, to Scarlett, poznaliśmy się w kawiarni dwa tygodnie temu. Dałem jej mój adres, żeby wpadła jak będzie miała więcej czasu. - dobra, to wiele wyjaśnia. Tylko co on do cholery robił w kawiarni? I tak nie wydałby sześciu dolców na głupią kawę.
- Cześć - machnąłem jej przyjaźnie ręką.
- Cześć - odpowiedziała dziwnie cicho. "Wstydzi się mnie, czy jak?"
Tom też chciał coś powiedzieć, ale Mark, zdawszy sobie sprawę z tego, jak wygląda szybko wepchnął go do łazienki i zamknął za sobą drzwi.
- Hej! - obruszone echo naszego kumpla odezwało się z łazienki, na co ja parsknąłem głośnym śmiechem; uwielbiam ten ton.
Później nastała chwila ciszy. Scarlett popatrzyła się na nas z konsternacją.
- Eem, mogę usiąść?
- Wypuść mnie, skurwiu! - ponownie dało się słyszeć echo z łazienki.
- O, tak, pewnie. - Mark uśmiechnął się nerwowo. - Na kanapie, albo... - przerwał - na kanapie.
Podeszła i stukocąc obcasami przysiadła na drugim końcu kanapy, daleko ode mnie, łypiąc oczami po naszym stylowym apartamencie. "Co jest ze mną nie tak?" - po raz drugi zadałem sobie to pytanie. Hoppus również usiadł, idąc jej śladem. Nie wiem, czemu wykopał Toma do łazienki, sam wyglądał nawet gorzej. Dziewczyna chyba też to zauważyła.
- O Jezu, co ci się stało?! - popatrzyła na jego unieruchomioną nogę i facjatę pokrytą tu i ówdzie siniakami.
- A, to. To nic, po prostu nadepnąłem na szkło.
- A twarz?
- Wiesz, doszło do małego, hmm, nieporozumienia.
- Macie tu bójki? - znów na mnie spojrzała, a właściwie na moje liczne tatuaże, wystające spod koszulki bez rękawów. Wydawała się nieco przestraszona.
- Czego się tak na mnie gapisz? Czy ja wyglądam na jakiegoś gangstera? - wypaliłem. Może nie powinienem, ale nie wytrzymałem. Jak ktokolwiek mógł pomyśleć, że jestem w stanie od tak przywalić przyjacielowi? Już prędzej on mi.
- T-nie! Znaczy, ja tylko tak tego... - jej oczy powędrowały wzdłuż ściany, unikając mojego wzroku.
Mark postąpił krok do przodu, otwierając usta, chyba miał zacząć desperacką próbę tłumaczenia się. Jakby to miało coś dać. Przestawszy napierać na drzwi uwolnił jednak Toma z kiblowego więzienia.
- Co ona tu tak serio robi?! Ja spłaciłem już wszystkie długi! - to powiedziawszy potknął się o próg i runął niczym kłoda, przygniatając Marka do ziemi. Nigdy nie widziałem większego zdziwienia , niż to, które malowało się w tym momencie na jej twarzy gdy obserwowała przypadkową "orgię" dwóch mężczyzn upapranych pomidorami na dywanie. Cóż za widowisko. Chociaż z drugiej strony, było mi jej trochę żal. Chyba faktycznie już się do nich przyzwyczaiłem, że tego rodzaju obrazy mnie nie ruszały. No, może trochę.
- Złaź. Scarlett, poczekaj! Wszystko ci wytłumaczę. Złaź mówię. - usłyszeliśmy głos Markiego, który próbował niezgrabnie wygramolić się spod przyjaciela. Nigdy nie widziałem czegoś piękniejszego i bardziej niszczącego jednocześnie.
I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. To było ostanie czego się spodziewałem. Wzrok wszystkich w pokoju powędrował w jeden punkt. Tom wstał z Marka i poszedł otworzyć, zanim mi przyszło to głowy. Do pokoju wparował wściekły koleś, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy. Niemal rozwalił drzwi. Następnie chwycił osłupiałego Thomasa za kołnierz koszulki i przyparł go do ściany. A właściwie wręcz nim walnął.
- Pożałujesz, kutasie! - zaczął drzeć ryja, przymierzając się wolną ręką do uderzenia przyjaciela, lecz ten na szczęście zdążył się uchylić. Niestety przy drugim ciosie nie miał już tyle szczęścia.
- Idź w chuj, psycholu jeden! - Tom złapał się za nos, odepchnął się od ściany, a następnie popchnął przeciwnika, który poleciał nieznacznie w tył.
- Co ty tu w ogóle robisz?! Nawet cię pojebie nie znam! - wyskrzeczał sfrustrowany Thomas.
- Zamknij mordę Hoppus! - prychnął tamten, próbując dosięgnąć Toma, zanim zdąży się obronić. Bez skutku.
- Chyba cię dziewczynko posrało! Nie jestem żaden Hoppus!
- Jak to kurwa nie? - na moment przerwał swoją falę rozmaitych kopnięć uderzeń, unosząc brwi wyraźnie do góry. Mark, który tak jak ja, do tej pory obserwował wydarzenie w milczeniu, postanowił wykorzystać ten moment i pomóc przyjacielowi rzucając się na tego chorego faceta z pięściami, a raczej z pięścią, bo drugą ręką w dalszym ciągu musiał się podpierać. Tommy w mgnieniu oka był już przy tym niezrównoważonym frajerze, po tym jak odrzucił Marka do tyłu solidnym ciosem w brzuch.
- Nie obchodzi mnie który to z was! Ani który to ten jej były! Wara od mojej dziewczyny, kundle! - wrzeszczał, próbując unikać kolejnych ciosów, czy też kilku uderzeń kijem, które zostały mu z trudem sprezentowane przez Marka. Ten to zawsze rwał się do walki. Może to ja powinienem był dołączyć, ale nie miałem bladego pojęcia kim on był i co się działo.
Koleś rzucał się od jednego do drugiego, nie tylko wyładowując na nich swoją frustrację, ale także rzucając w nich rozmaitymi obelgami.
- Odpieprzyć się od MOJEJ Nancy!!
W tym momencie zdałem sobie sprawę co się dzieje. To był ON. Ten skurwiel, który ukradł mi dziewczynę. Tyson, ha? Może raczej Dick'sSon?! Mój puls podniósł się nagle gwałtownie do góry, a moje pięści automatycznie ściskały się coraz ciaśniej. "Żywy stąd nie wyjdzie, dopilnuję tego" - przeszło mi przez głowę. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem wstawać, lecz usłyszałem cichy, niemal nieuchwytny pisk niedaleko mnie. Coś mnie tknęło, zerknąłem w bok.
Zupełnie zapomniałem o przerażonej, młodej dziewczynie, która siedziała na drugim końcu kanapy, teraz skulona w kłębek, zupełnie sama w obcym mieszkaniu, z drzwiami wyjściowymi zablokowanymi przez trzech ostro wkurzonych, tłuczących się nawzajem mężczyzn. Gdy zobaczyła, że się jej przyglądam, jedynie powtórzyła pisk. Zrobiło mi się tak niesamowicie żal w tej chwili, że okrzyki bójki jakby przycichły, a wszechogarniająca złość niemal wyparowała.
- Chodź - powiedziałem cicho, kładąc rękę na jej ramieniu. - Popatrzyła na mnie przerażonymi oczami, które wydawały się w tym momencie wielkimi szklanymi kulami. - No dalej. - dodałem jej otuchy, prowadząc ją cicho do drzwi sypialni.
Uchyliłem drzwi, przez które moja nieszczęsna towarzyszka szybko się wślizgnęła. Zatrzaskując je, odizolowałem nas przynajmniej w połowie od podniesionych głosów i dźwięku tłuczonego szkła. "Co ja bym dał, żeby też móc mu zreperować facjatę?" - pomyślałem, siadając jednak w bezpiecznej odległości od Scarlett, tylko odrobinę teraz spokojniejszej.
- Hej, nie bój się. Nie ma czego. To tylko głupia nawalanka kilku facetów, właściwie standard. - gadałem bez sensu, w końcu priorytetem w takiej chwili było uspokoić dziewczynę.
- Ja wiem, ale ja, em... no wiesz, nigdy nie byłam w podobnej sytuacji. - zaczęła cicho, odsuwając się ode mnie, kiedy próbowałem przysunąć się bliżej. Wyglądała, jakby były na skraju histerii - Wiodę bardzo spokojne życie i, ja tylko... chciałam żeby ten dzień był miły - oczy ponownie się zaszkliły - chciałam poznać kogoś nowego. Moje życie nie ma sensu! - cichy szloch znalazł drogę do moich uszu.
"Szlag. Co teraz? - pracuj móżdżku, pracuj."
- Hej, co jest? Czego płaczesz? Nie wyglądasz na osobę, której by czegoś brakowało.
- Nic nie rozumiesz! - wybuchła, zagłuszając nieco krzyki, dochodzące z salonu - Moje życie to jeden wielki paradoks! Całe życie zmarnowałam dla zasranej szkoły i jakichś tępych zajęć dodatkowych, które gówno mi dały, studiuję medycynę tylko dlatego, że nie umiałam przeciwstawić się moim rodzicom z przerośniętymi ambicjami, straciłam swoje hobby na rzecz przypodobania się dorosłym, a i tak nie skończę tych zasranych studiów, bo i tak mdleję na widok zwłok! Nie mam nic! Nic... - chlipnęła - a teraz w dodatku siedzę w jakiejś brudnej dziurze z jakimś dziwnym, wytatuowanym po uszy typem, który pewnie mi coś zrobi i nie mogę nawet uciec. - dodała, już niemal szeptem.
- Wow. - To jedyne, co zdołałem się z siebie wykrztusić, próbując jednocześnie schować swoją, nadszarpniętą jej słowami dumę do kieszeni.
- Podniosła wzrok z miejsca, gdzie siedziała skulona na rogu łóżka, znowu wydawała się przerażona. - Ja... ja nie chciałam, ja tylko...
- Słuchaj. - zacząłem. - Zignorujmy to, co właśnie powiedziałaś. Jesteś zmęczona, przestraszona i - BAM! Niezidentyfikowane ciało uderzyło głucho o ścianę, dzielącą nas od salonu. - Ty chuju! Prawie złamałeś Markowi nos!!! - dobiegł mnie charakterystyczny, skrzekliwy wrzask.
- ...I nie chcesz tu być. - dokończyłem poprzednią sentencję. - Ja też zresztą nie. Idziemy na lody.
- Jak? - zmarszczyła brwi.
- Przez okno - zaśmiałem się. - Chciałaś przygody, to było od razu do nas wpaść.
- O-okej. - popatrzyła na mnie z powątpiewaniem. - Ale to drugie piętro.
- Nie ufasz mi? - uśmiechnąłem się wyzywająco, na co kąciki jej ust po raz pierwszy powędrowały nieco do góry. "Sukces!" - pomyślałem.
- Ufam, ech, chyba. Może.
- Dobra, powiem ci co zrobimy. Zwieszamy się z parapetu na tamten budynek piętro niżej, później podchodzimy do krawędzi i korzystamy z rynny. Nie zawali się, sprawdzałem. Rynny na tym osiedlu muszą pamiętać czasy Indian. Nie bój się tylko, robiłem to setki razy. Nie masz lęku wysokości?
- Nie. Ale jestem w szpilkach i sukience... - odpowiedziała, dalej nie przekonana. - doleciały do nas kolejne krzyki. - Dobra, zwiewamy. - powiedziała, otwierając szeroko oczy.
- Buty ja wezmę, nie możesz w nich schodzić. A co do sukienki, to nie będę patrzył. Obiecuję. - uśmiechnąłem się, już pomagając jej wejść na parapet. - Ja pierwszy, a później cię złapię.
Mimo niedowierzania ze strony mojej nowej znajomej, akcja się udała. Staliśmy teraz bezpiecznie na chodniku, a ona ubierała swoje buty. Uświadomiłem sobie, że na szczęście miałem jakieś drobniaki w kieszeni, w końcu obiecałem jej lody. Na szczęście już nie wyglądała jakby chciała uciec ode mnie jak najdalej. No, trzeba przyznać, złapanie kogoś po puszczeniu się z parapetu kilkanaście metrów nad ziemią może przysporzyć nieco zaufania do tej osoby, nawet do takiego "dziwnego, wytatuowanego typa" jak ja. Wydostawszy się z wnętrza naszej zdezelowanej jaskini, Scarlett nagle stała się dużo mniej histeryczna, teraz można z nią było trochę pogadać.
- Więc co to było za wielkie marzenie, z którego musiałaś zrezygnować? Opowiadaj. - zachęciłem, siedząc razem z dziewczyną na dość wysokim murze starej fabryki i pociesznie liżąc mojego świderka.
- To trochę głupie. Nie, to się nigdy nie stanie. - znowu się speszyła.
- No dalej dziewczyno, wykrztuś to z siebie!
- Akademia Sztuk Pięknych. - zaczerwieniła się nieco. - Tak, wiem, zero przyszłości...
- I to niby miał być ten twój wielki sekret? Jak dla mnie świetny wybór. I nie wmawiaj sobie, ze nie masz talentu, wszyscy artyści mówią to samo, ja się nie nabiorę.
- Dobra. - przerwała. - Teraz powiedz coś o sobie zamiast prowadzić przesłuchanie. - Wiesz kim był ten szaleniec, który się rzucił na twoich koleżków?
- Niestety. - westchnąłem. - Wolałbym nie.
- Co to znaczy?
- Opowiem ci bajkę na dobranoc. - powiedziałem, spoglądając na słońce, które zaczęło chylić się powoli ku zachodowi. - Był sobie pewien zafajdany, "dziwny, wytatuowany typek" który zakochał się na zabój w dziewczynie, miała na imię Nancy i była aniołem. Szkoda tylko że tym jednym, upadłym..."
~*~
Tak, to, nowy rozdział! Po roku. Okej, nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek tu coś dodam, ale oto jestem i rozdział też jest. Zapraszam również na moje konto na wattpadzie, jeśli ktoś jest spragniony innych historii. https://www.wattpad.com/user/AnonimeUnseen. Standardowo, musi być jakieś zdjęcie na koniec, więc dostajecie słowiańskie blinki:
