piątek, 1 lipca 2016

Tom W:


Coś mnie obudziło. Powoli otworzyłem moje zaspane oczy na dźwięk kobiecego głosu.
- Cześć mamo. - uśmiechnąłem się błogo. 
Zaraz, coś tu nie pasuje. Przecież leżę w hotelowym łóżku. Tu nie ma mamy... Doleciał do moich uszu głos przyjaciela:
- Proszę mu wybaczyć, z rana miewa spadki wydajności.
- Nieważne. Sobota, punkt dziesiąta. I to moje ostatnie słowo! O, i posprzątajcie ten syf!
- Więc to nie było pani ostatnie słowo - usłyszałem jego lekceważący ton, a sekundę później trzaśnięcie drzwi, od którego zatrzęsły się framugi.
- Co za nieznośna baba. - podniosłem się do pozycji siedzącej i ujrzałem Mika ubranego tylko od pasa w dół, z pastą do zębów w ręku. Patrzyłem jak siada na łóżku, podnosi pierwszą lepszą koszulkę z połogi, wącha ją, po czym wkłada na siebie. Kiedy nasze oczy się spotkały, zdał sobie sprawę, że nie za bardzo mam pojęcie co się właśnie wydarzyło.
- Kazała zapłacić za zakwaterowanie, ale starczyło mi tylko na cztery kolejne dni. Zapytałem, czy nie podarowałaby nam tych dziesięciu dolców za niedzielę, ale ona puściła z oczu takie pioruny, że bałem się, czy mi nie spali włosów. Serio, ta kobieta to cholerny bazyliszek.
- Jest jakiś plus. Przynajmniej mamy 10 $.
- I czas do soboty. Błagam, powiedz, że znalazłeś mieszkanie.
- Gdzie? W Drippy House? - zrobiłem przerażoną minę. - W życiu tam nie wrócę.
- Wiedziałem że coś jest nie tak. Dach jest nieszczelny, prawda?
- Gorzej. Kanalizacja.
- Cała? - popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Cała.
- Jaja sobie robisz.
- Nie, Nie chcę nawet o tym gadać.
Roześmiał się, widząc mój zdegustowany wyraz twarzy.
- Okej, to chodźmy szukać dalej. Mamy mało czasu. - stwierdziłem, ziewając, po czym ruszyłem w stronę drzwi. Zerknął na mnie szyderczo.
- A może byś się najpierw ubrał?
Spojrzałem w dół, na moje bokserki.
- Chyba masz rację, bez ubrania może być ciężko.
- Wiesz co, może powinieneś się jeszcze przespać. - powiedział. - Tak dla twojego dobra, bo nie sądzę, że wstawanie o siódmej rano dobrze na ciebie działa.
- Że której?
W tym momencie po prostu wsunąłem się do łóżka, nakrywając głowę poduszką i postanowiłem mieć wszystko gdzieś przez następne trzy godziny.


Yuri:


Stałem właśnie na drabinie w stuletniej koszuli upapranej farbą, narzekając w myślach na swój nędzny los, kiedy w korytarzu zadzwonił telefon. Odłożyłem więc walkmana na półkę i pobiegłem odebrać.
- Halo?
- Psssssst. Yurinator zgłoś się! Mamy ważną misję, powtarzam, ważną misję. Trzeba sprowadzić na ziemię pewnego zagubionego wędrowca, podejrzewamy uprowadzenie na planetę Bremerton, powtarzam uprowadzenie. Odbiór!
"Chyba Mike z Tomem nieźle się bawią" - pomyślałem
- Pssssst. Obcy zaprzęgli porwanego do robót przy malowaniu ich statku kosmicznego. Pssssst. Nie wie, kiedy zdoła się uwolnić. Bez odbioru.
- Co? Chyba żartujesz. - odezwał się Tom, któremu najwyraźniej znudziła się astronaucka gadka.
- Mamy zero kasy - słuchawkę przejął Mike - zostało nam cztery dni, nie damy rady.
- Właśnie, przyjedź i nam pomóż.
- Ej, oddawaj słuchawkę.
- Ja byłem pierwszy!
- Gówno prawda.
Nie wierzę, ale z nich dzieciuchy.
- Chłopaki, dość! Powrót w tej chwili odpada, jestem tu uziemiony. Mama wzięła mnie na poczucie winy; wiedziałem, że nikt inny nie pomoże jej w remoncie, ale trzymam za was kciuki. Znajdźcie coś, byle co, ale żeby było.
- A w jakim stopniu potrzebujesz sprawnej kanalizacji? - Tom znowu zabrał głos.
- O czym ty do mnie mówisz? - zapytałem.
- Nieważne. W każdym razie to nie jest tak łatwe, jak ci się wydaje.
Zastanowiłem się nad sprawą. Jedyne, co udało mi się wymyślić:
- Zawsze przecież możemy wrócić do rodziców. - To było dla mnie jedyne logiczne wyjście z sytuacji.
Usłyszałem szum - Obiecaliśmy im, że się usamodzielnimy, ja nie zamierzam wracać, błagając o pieniądze. - odezwał się Mike, a raczej jego pieprzona duma.
Znowu szum - Właśnie, nie jesteśmy takimi życiowymi ciotami, żeby wracać.
- O, mama przyszła. Muszę kończyć, ale obiecuję, że przyjadę, kiedy to tylko będzie możliwe. Jakby co dzwońcie, cześć. - rozłączyłem się.
Tak naprawdę nie wróciła, po prostu miałem ich dość. Przypomniałem sobie czasy naszej pierwszej trasy, kiedy to utknąłem z nimi w maleńkim, przepakowanym busie na dwa miesiące. "Będę mieszkać z tymi dwoma do końca moich dni" - przeleciało mi przez myśl. Wróciłem do salonu i z powrotem włożyłem słuchawki, próbując odegnać tę myśl. "Najnowszy album Starflyera - idealnie". Następnie wdrapałem się na drabinę z nadzieją, że jeszcze nie wszystko wyschło.

Travis:


Buły są, pieczarki są... gdzie ser?
- Tom, gdzie jest ser?
- W lodówce, a niby gdzie?
Tak, robiliśmy żarcie. Nie, nie potrafimy gotować. Pomyśleliśmy, że głupie zapiekanki nam wyjdą, w końcu to nic trudnego; nic bardziej mylnego. Zajrzałem do lodówki ponownie, w poszukiwaniu jakiegoś odcienia żółci. Nic, kompletna pustka. Tak to jest, jak się wysyła Toma po zakupy. Czego ja się spodziewałem?
- Jakoś go nie widzę. - powiedziałem, nurkując coraz głębiej w zimnej toni lodówki.
- Boś ślepy.
- Mówię ci, nie ma go!
- Sam go przecież kupowałem. Mam tam do ciebie iść? - wszedł do kuchni, a następnie wyciągnął z lodówki jakieś opakowanie. 
- Mówiłem, ślepiec. - stwierdził.
Popatrzyłem na niego, później na ser i chwilę później nie mogłem wyrobić ze śmiechu. 
- Jak można... być takim... idiotą? - po prawie minucie dalej próbowałem złapać oddech. Popukałem przyjaciela w ten jego pusty łepek.
- Ty naprawdę coś tam masz?
- Człowieku, o co ci chodzi? Ooch. - zerknął na mnie z konsternacją, chyba zrozumiał, - Miał być żółty?
- A jadłeś kiedyś zapiekanki z białym serkiem? Napisałem ci śliczną karteczkę, co masz kupić, jak dziesięciolatkowi!
- Napisałeś "ser" frajerku. Nie było nic jaki. - zerknął na mnie spod byka. Teraz już serio wyglądał jak obruszony przedszkolak. I to nawet bardziej niż zwykle.
- Zawiodłem się na tobie. 
- Przestań już, okej? Każdemu się może zdarzyć pomyłka.
- Dobra, nie mam pytań. Jak zrobisz mi z tym zapiekankę, to się odczepię. - zadrwiłem. 
- A zrobię! I to jaką. Zrobię najzajebistsze zapiekanki na jebanym świecie!
- To czekam, tylko chaty nie spal. - Wszedłem do salonu, rozsiadłem się wygodnie i włączyłem TV.
- Traktujesz mnie jak ułomnego! - usłyszałem z kuchni.
Kilka chwil później do moich uszu doleciało:
- Ała!
- Ej, uważaj na palce, bo nie chcę być przemianowany na gitarzystę!
Potem głośnie prychnięcie i dalsze odgłosy krzątania.
Dwadzieścia minut później do mieszkania wparował Mark. Stanął w miejscu, podejrzliwie poruszył nosem, spojrzał na mnie, a następnie w stronę kuchni.
- Nawet nie pytaj. - odpowiedziałem na nieme pytanie.
- Ok. Powiedz tylko - i tak będziemy musieli iść do baru?
- To więcej niż prawdopodobne - zaśmiałem się.
Chwilę później pojawił się Thomas.
- Bam mothafuckas! - otworzył drzwi z kopa i dumny jak paw królewski położył nam przed nosami swoje dzieło.
Tom patrzył na mnie z wyczekującym wyrazem twarzy, więc nie było już odwrotu - musiałem spróbować.
- Nawet niezłe, tylko trochę czuć spalenizną. - uczciwie podsumowałem.
- Sam jesteś spalenizna. Mark, teraz twoja kolej.
- Co to jest to białe. - spojrzał na niego podejrzliwie.
- Nic o czym teraz myślisz. No dawaj.
- Mmm... niebo w gębie.
- Serio? - Tomowi zapaliły się lampki w oczach.
- Nie. - roześmiał się i rzucił w Toma pieczarką.Ten w odwecie ściągnął ze swojej zapiekanki pomidora. Serio? Dlaczego każda czynność z nimi w roli głównej musi się zawsze kończyć tak samo?
- Znowu macie zamiar się naparzać wszystkim, co do tego nie służy?
- Daj spokój, Travis. Jeszcze ze dwa lata w zespole i się przyzwyczaisz. - Odezwał się Hoppus z włosami upapranymi serem, nie przerywając ofensywy. Fakt, naprawdę grałem z nimi stosunkowo od niedawna, ale po tym, co już widziałem, jestem pewny, że nie da się przyzwyczaić. Postanowiłem więc jak najszybciej skończyć moją porcję i wyjść z pomieszczenia, zanim ktoś wpadnie na pomysł użycia jej jako kuli armatniej. Siedziałem na kanapie, gdy do salonu weszło moich dwóch przyjaciół, wesoło pogryzając same bułki, bo reszta była na ich ubraniach i prawdopodobnie w kuchni. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Mark poszedł otworzyć, po chwili zobaczyliśmy czarnowłosą kobietę, ubraną dość gustownie - czarna sukienka, krótka damska kurtka, wysokie obcasy. Co ona tu robi? Widząc, jak się na nią gapimy Mark pospieszył z wyjaśnieniem:
- Chłopaki, to Scarlett, poznaliśmy się w kawiarni dwa tygodnie temu. Dałem jej mój adres, żeby wpadła jak będzie miała więcej czasu. - dobra, to wiele wyjaśnia. Tylko co on do cholery robił w kawiarni? I tak nie wydałby sześciu dolców na głupią kawę.
- Cześć - machnąłem jej przyjaźnie ręką.
- Cześć - odpowiedziała dziwnie cicho. "Wstydzi się mnie, czy jak?"
 Tom też chciał coś powiedzieć, ale Mark, zdawszy sobie sprawę z tego, jak wygląda szybko wepchnął go do łazienki i zamknął za sobą drzwi.
- Hej! - obruszone echo naszego kumpla odezwało się z łazienki, na co ja parsknąłem głośnym śmiechem; uwielbiam ten ton.
Później nastała chwila ciszy. Scarlett popatrzyła się na nas z konsternacją.
- Eem, mogę usiąść?
- Wypuść mnie, skurwiu! - ponownie dało się słyszeć echo z łazienki.
- O, tak, pewnie. - Mark uśmiechnął się nerwowo. - Na kanapie, albo... - przerwał - na kanapie.
Podeszła i stukocąc obcasami przysiadła na drugim końcu kanapy, daleko ode mnie, łypiąc oczami po naszym stylowym apartamencie. "Co jest ze mną nie tak?" - po raz drugi zadałem sobie to pytanie. Hoppus również usiadł, idąc jej śladem. Nie wiem, czemu wykopał Toma do łazienki, sam wyglądał nawet gorzej. Dziewczyna chyba też to zauważyła.
- O Jezu, co ci się stało?! - popatrzyła na jego unieruchomioną nogę i facjatę pokrytą tu i ówdzie siniakami.
- A, to. To nic, po prostu nadepnąłem na szkło.
- A twarz?
- Wiesz, doszło do małego, hmm, nieporozumienia.
- Macie tu bójki? - znów na mnie spojrzała, a właściwie na moje liczne tatuaże, wystające spod koszulki bez rękawów. Wydawała się nieco przestraszona.
- Czego się tak na mnie gapisz? Czy ja wyglądam na jakiegoś gangstera? - wypaliłem. Może nie powinienem, ale nie wytrzymałem. Jak ktokolwiek mógł pomyśleć, że jestem w stanie od tak przywalić przyjacielowi? Już prędzej on mi.
- T-nie! Znaczy, ja tylko tak tego... - jej oczy powędrowały wzdłuż ściany, unikając mojego wzroku.
Mark postąpił krok do przodu, otwierając usta, chyba miał zacząć desperacką próbę tłumaczenia się. Jakby to miało coś dać. Przestawszy napierać na drzwi uwolnił jednak Toma z kiblowego więzienia.
- Co ona tu tak serio robi?! Ja spłaciłem już wszystkie długi! - to powiedziawszy potknął się o próg i runął niczym kłoda, przygniatając Marka do ziemi. Nigdy nie widziałem większego zdziwienia , niż to, które malowało się w tym momencie na jej twarzy gdy obserwowała przypadkową "orgię" dwóch mężczyzn upapranych pomidorami na dywanie. Cóż za widowisko. Chociaż z drugiej strony, było mi jej trochę żal. Chyba faktycznie już się do nich przyzwyczaiłem, że tego rodzaju obrazy mnie nie ruszały. No, może trochę.
- Złaź. Scarlett, poczekaj! Wszystko ci wytłumaczę. Złaź mówię. - usłyszeliśmy głos Markiego, który próbował niezgrabnie wygramolić się spod przyjaciela. Nigdy nie widziałem czegoś piękniejszego i bardziej niszczącego jednocześnie.
I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. To było ostanie czego się spodziewałem. Wzrok wszystkich w pokoju powędrował w jeden punkt. Tom wstał z Marka i poszedł otworzyć, zanim mi przyszło to głowy. Do pokoju wparował wściekły koleś, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy. Niemal rozwalił drzwi. Następnie chwycił osłupiałego Thomasa za kołnierz koszulki i przyparł go do ściany. A właściwie wręcz nim walnął.
- Pożałujesz, kutasie! - zaczął drzeć ryja, przymierzając się wolną ręką do uderzenia przyjaciela, lecz ten na szczęście zdążył się uchylić. Niestety przy drugim ciosie nie miał już tyle szczęścia.
- Idź w chuj, psycholu jeden! - Tom złapał się za nos, odepchnął się od ściany, a następnie popchnął przeciwnika, który poleciał nieznacznie w tył.
- Co ty tu w ogóle robisz?! Nawet cię pojebie nie znam! - wyskrzeczał sfrustrowany Thomas.
- Zamknij mordę Hoppus! - prychnął tamten, próbując dosięgnąć Toma, zanim zdąży się obronić. Bez skutku.
- Chyba cię dziewczynko posrało! Nie jestem żaden Hoppus!
- Jak to kurwa nie? - na moment przerwał swoją falę rozmaitych kopnięć uderzeń, unosząc brwi wyraźnie do góry. Mark, który tak jak ja, do tej pory obserwował wydarzenie w milczeniu, postanowił wykorzystać ten moment i pomóc przyjacielowi rzucając się na tego chorego faceta z pięściami, a raczej z pięścią, bo drugą ręką w dalszym ciągu musiał się podpierać. Tommy w mgnieniu oka był już przy  tym niezrównoważonym frajerze, po tym jak odrzucił Marka do tyłu solidnym ciosem w brzuch.
- Nie obchodzi mnie który to z was! Ani który to ten jej były! Wara od mojej dziewczyny, kundle! - wrzeszczał, próbując unikać kolejnych ciosów, czy też kilku uderzeń kijem, które zostały mu z trudem sprezentowane przez Marka. Ten to zawsze rwał się do walki. Może to ja powinienem był dołączyć, ale nie miałem bladego pojęcia kim on był i co się działo.
Koleś rzucał się od jednego do drugiego, nie tylko wyładowując na nich swoją frustrację, ale także rzucając w nich rozmaitymi obelgami.
- Odpieprzyć się od MOJEJ Nancy!!
W tym momencie zdałem sobie sprawę co się dzieje. To był ON. Ten skurwiel, który ukradł mi dziewczynę. Tyson, ha? Może raczej Dick'sSon?! Mój puls podniósł się nagle gwałtownie do góry, a moje pięści automatycznie ściskały się coraz ciaśniej. "Żywy stąd nie wyjdzie, dopilnuję tego" - przeszło mi przez głowę. Wziąłem głęboki oddech i  zacząłem wstawać, lecz usłyszałem cichy, niemal nieuchwytny pisk niedaleko mnie. Coś mnie tknęło, zerknąłem w bok.
Zupełnie zapomniałem o przerażonej, młodej dziewczynie, która siedziała na drugim końcu kanapy, teraz skulona w kłębek, zupełnie sama w obcym mieszkaniu, z drzwiami wyjściowymi zablokowanymi przez trzech ostro wkurzonych, tłuczących się nawzajem mężczyzn. Gdy zobaczyła, że się jej przyglądam, jedynie powtórzyła pisk. Zrobiło mi się tak niesamowicie żal w tej chwili, że okrzyki bójki jakby przycichły, a wszechogarniająca złość niemal wyparowała.
- Chodź - powiedziałem cicho, kładąc rękę na jej ramieniu. - Popatrzyła na mnie przerażonymi oczami, które wydawały się w tym momencie wielkimi szklanymi kulami. - No dalej. - dodałem jej otuchy, prowadząc ją cicho do drzwi sypialni.
Uchyliłem drzwi, przez które moja nieszczęsna towarzyszka szybko się wślizgnęła. Zatrzaskując je, odizolowałem nas przynajmniej w połowie od podniesionych głosów i dźwięku tłuczonego szkła. "Co ja bym dał, żeby też móc mu zreperować facjatę?" - pomyślałem, siadając jednak w bezpiecznej odległości od Scarlett, tylko odrobinę teraz spokojniejszej.
- Hej, nie bój się. Nie ma czego. To tylko głupia nawalanka kilku facetów, właściwie standard. - gadałem bez sensu, w końcu priorytetem w takiej chwili było uspokoić dziewczynę.
- Ja wiem, ale ja, em... no wiesz, nigdy nie byłam w podobnej sytuacji. - zaczęła cicho, odsuwając się ode mnie, kiedy próbowałem przysunąć się bliżej. Wyglądała, jakby były na skraju histerii - Wiodę bardzo spokojne życie i, ja tylko... chciałam żeby ten dzień był miły - oczy ponownie się zaszkliły - chciałam poznać kogoś nowego. Moje życie nie ma sensu! - cichy szloch znalazł drogę do moich uszu.
"Szlag. Co teraz? - pracuj móżdżku, pracuj."
- Hej, co jest? Czego płaczesz? Nie wyglądasz na osobę, której by czegoś brakowało.
- Nic nie rozumiesz! - wybuchła, zagłuszając nieco krzyki, dochodzące z salonu - Moje życie to jeden wielki paradoks! Całe życie zmarnowałam dla zasranej szkoły i jakichś tępych zajęć dodatkowych, które gówno mi dały, studiuję medycynę tylko dlatego, że nie umiałam przeciwstawić się moim rodzicom z przerośniętymi ambicjami, straciłam swoje hobby na rzecz przypodobania się dorosłym, a i tak nie skończę tych zasranych studiów, bo i tak mdleję na widok zwłok! Nie mam nic! Nic... - chlipnęła - a teraz w dodatku siedzę w jakiejś brudnej dziurze z jakimś dziwnym, wytatuowanym po uszy typem, który pewnie mi coś zrobi i nie mogę nawet uciec. - dodała, już niemal szeptem.
- Wow. - To jedyne, co zdołałem się z siebie wykrztusić, próbując jednocześnie schować swoją, nadszarpniętą jej słowami dumę do kieszeni.
- Podniosła wzrok z miejsca, gdzie siedziała skulona na rogu łóżka, znowu wydawała się przerażona. - Ja... ja nie chciałam, ja tylko...
- Słuchaj. - zacząłem. - Zignorujmy to, co właśnie powiedziałaś. Jesteś zmęczona, przestraszona i - BAM! Niezidentyfikowane ciało uderzyło głucho o ścianę, dzielącą nas od salonu. - Ty chuju! Prawie złamałeś Markowi nos!!! - dobiegł mnie charakterystyczny, skrzekliwy wrzask.
- ...I nie chcesz tu być. - dokończyłem poprzednią sentencję. - Ja też zresztą nie. Idziemy na lody.
- Jak? - zmarszczyła brwi.
- Przez okno - zaśmiałem się. - Chciałaś przygody, to było od razu do nas wpaść.
- O-okej. - popatrzyła na mnie z powątpiewaniem. - Ale to drugie piętro.
- Nie ufasz mi? - uśmiechnąłem się wyzywająco, na co kąciki jej ust po raz pierwszy powędrowały nieco do góry. "Sukces!" - pomyślałem.
- Ufam, ech, chyba. Może.
- Dobra, powiem ci co zrobimy. Zwieszamy się z parapetu na tamten budynek piętro niżej, później podchodzimy do krawędzi i korzystamy z rynny. Nie zawali się, sprawdzałem. Rynny na tym osiedlu muszą pamiętać czasy Indian. Nie bój się tylko, robiłem to setki razy. Nie masz lęku wysokości?
- Nie. Ale jestem w szpilkach i sukience... - odpowiedziała, dalej nie przekonana. - doleciały do nas kolejne krzyki. - Dobra, zwiewamy. - powiedziała, otwierając szeroko oczy.
- Buty ja wezmę, nie możesz w nich schodzić. A co do sukienki, to nie będę patrzył. Obiecuję. - uśmiechnąłem się, już pomagając jej wejść na parapet. - Ja pierwszy, a później cię złapię.
Mimo niedowierzania ze strony mojej nowej znajomej, akcja się udała. Staliśmy teraz bezpiecznie na chodniku, a ona ubierała swoje buty. Uświadomiłem sobie, że na szczęście miałem jakieś drobniaki w kieszeni, w końcu obiecałem jej lody. Na szczęście już nie wyglądała jakby chciała uciec ode mnie jak najdalej. No, trzeba przyznać, złapanie kogoś po puszczeniu się z parapetu kilkanaście metrów nad ziemią może przysporzyć nieco zaufania do tej osoby, nawet do takiego "dziwnego, wytatuowanego typa" jak ja. Wydostawszy się z wnętrza naszej zdezelowanej jaskini, Scarlett nagle stała się dużo mniej histeryczna, teraz można z nią było trochę pogadać.
- Więc co to było za wielkie marzenie, z którego musiałaś zrezygnować? Opowiadaj. - zachęciłem, siedząc razem z dziewczyną na dość wysokim murze starej fabryki i pociesznie liżąc mojego świderka.
- To trochę głupie. Nie, to się nigdy nie stanie. - znowu się speszyła.
- No dalej dziewczyno, wykrztuś to z siebie!
- Akademia Sztuk Pięknych. - zaczerwieniła się nieco. - Tak, wiem, zero przyszłości...
- I to niby miał być ten twój wielki sekret? Jak dla mnie świetny wybór. I nie wmawiaj sobie, ze nie masz talentu, wszyscy artyści mówią to samo, ja się nie nabiorę.
- Dobra. - przerwała. - Teraz powiedz coś o sobie zamiast prowadzić przesłuchanie. - Wiesz kim był ten szaleniec, który się rzucił na twoich koleżków?
- Niestety. - westchnąłem. - Wolałbym nie.
- Co to znaczy?
- Opowiem ci bajkę na dobranoc. - powiedziałem, spoglądając na słońce, które zaczęło chylić się powoli ku zachodowi. - Był sobie pewien zafajdany, "dziwny, wytatuowany typek" który zakochał się na zabój w dziewczynie, miała na imię Nancy i była aniołem. Szkoda tylko że tym jednym, upadłym..."

~*~

Tak, to, nowy rozdział! Po roku. Okej, nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek tu coś dodam, ale oto jestem i rozdział też jest. Zapraszam również na moje konto na wattpadzie, jeśli ktoś jest spragniony innych historii. https://www.wattpad.com/user/AnonimeUnseen. Standardowo, musi być jakieś zdjęcie na koniec, więc dostajecie słowiańskie blinki: 



wtorek, 8 marca 2016

Tom D:


Był wtorek, siedziałem na kanapie w naszej ruderze, oglądając jak jakiś shitowy zespolik produkuje się w MTV i jadłem całkiem smaczną jajecznicę, gdy do pokoju przykuśtykał mr. Mark Hoppus, klepnął sobie koło mnie i przez jakiś czas próbował walnąć wokalistę w łeb swoją kulą.
- Zamknij mordę, śpiewasz gorzej gorzej niż Tom! - usłyszałem.
- Wypraszam sobie. - powiedziałem z pełną buzią, niemal wypluwając na niego kawałek ogórka.
Popatrzył się na mnie, robiąc głupią minę.
- Jajecznica z ogórkiem? Co z tobą nie tak, kosmici cię porwali?
- Bardzo śmieszne. - przełknąłem żarcie. - Gdzie Travis? Znowu się alkoholizuje?
- Śpi jak zabity. Obawiam się, że jak go do czegoś potrzebujesz, będziesz musiał wezwać dźwig.
- Mam lepszy pomysł. - Uśmiechnąłem się złowieszczo.
I tak to nasz ukochany perkusista został obudzony garnkiem lodowatej wody wylanym prosto na twarz, która jak zauważyłem była nieco pokiereszowana, ale u niego to nic nadzwyczajnego.
- Nie rób tego, Nancy! - krzyknął i zerwał się z łóżka, na co wybuchliśmy głośnym śmiechem.
- Palanty. - spojrzał na nas nienawistnie. - No co? Czego chcecie? - jego zabijający wzrok jeszcze bardziej nas rozśmieszył. Teraz już nie mogliśmy się powstrzymać.
- Nie ukochana!
- Nie z nim!
- Ooo nie, coś ty narobiła!
Kiedy tak tarzaliśmy się ze śmiechu po podłodze, on tylko wstał, szturchnął mnie i kopnął Marka. Tym razem całkiem dobrze przyjął nasze szyderstwa i nie próbował odebrać nikomu życia za pomocą szklanki. Nagle wpadłem na genialny pomysł:
- Hej, chłopaki. Moglibyśmy tak na jeden dzień być jak normalna amerykańska rodzinka i wyjść razem na spacerek do parku.
Po tych słowach Mark zaczął jeszcze mocniej dusić się ze śmiechu, a Travis popatrzył się na mnie z politowaniem.
- Ale nie, ja na serio mówię, nigdzie razem nie wychodzimy. Ty się szwendasz po szpitalach, ty sobie pijesz w samotności, a przecież jesteśmy kumplami, no nie?
- W sumie niech ci będzie. Może czas się trochę wyluzować, wiecie, zwolnić tempo? - udało mi się przekonać Travisa.
- Widzisz Marky, on też to czuje.
- Czuuuuję to. - wykonał rękami ruch podobny do tańca hula.
- Czuuuujeeemy to. - dołączyłem się i ubrałem okulary przeciwsłoneczne leżące na półce. Potem jeszcze trochę się wygłupialiśmy, tańcząc wokół naszego przyjaciela. Nagle jakoś pogorszył mu się humor. Chyba nie miał ochoty nigdzie z nami iść, ale czy naprawdę myślał że ma jakiś wybór?
Wychodząc wzięliśmy jeszcze piłkę do footballu i zamknęliśmy za sobą nasze zasyfione mieszkanie. Może kiedyś przydałoby się tam posprzątać? Ale to kiedyś. Teraz nasze trio wspólnie szło przez miasto. Próbowaliśmy rozweselić szanownego pana Hoppusa, który zwykł ostatnimi czasy wstawać lewą nogą. Zgaduję, że to dlatego, że prawą nie miał jak.
- No weź, nie czuujesz tego?
- To wisi gdzieś w powietrzu, to jest w nas, Mark!
- To jest w tobie, musisz tylko to odkryć! - gadaliśmy w stylu tych wszystkich filmów dla dzieci.
- Nie. - powiedział.
- A teraz?
- Nadal nie.
- Może teraz?
- Nie! Walcie się!
Przybliżyłem się do niego i robiąc głupawą minę spytałem:
- ...A teraz?
- Czekaj, chyba coś czuję... Tak, to nieodparta chęć przywalenia mojemu przyjacielowi w mordę! - rzucił się na mnie, ze śmiechem dźgając mnie kulą. No, nareszcie przywróciliśmy mu dobry humor.
- Co ty się tak długo dąsałeś? Ostatnio jesteś cholernym zgredem.
- Prawda, ten badyl ci idealnie pasuje.
Wtedy Mark zaczął udawać dziadunia z laską i narzekać na niewychowanie współczesnej młodzieży. Ludzie gapili się na nasze śmieszki, jakbyśmy co najmniej odprawiali egzorcyzmy na środku drogi. Może i nie byliśmy zbyt normalni, ale przynajmniej umieliśmy się bawić, nie to co niektórzy. Po kilku minutach byliśmy już na miejscu.
- Święta trójca wyrusza na podbój okolicznych parków! - krzyknąłem, przebiegłem przez bramę, a następnie pognałem w siną dal.
- Yeah! - Travis poszedł za moim przykładem. Zatrzymaliśmy się nieopodal stawu.
Jakieś dwie minuty później, wyczerpany Mark dokuśtykał się do naszej dwójki.
- Huh, nienawidzę was. - stwierdził dysząc, po czym walnął się na trawę.
- To co, gramy? - zaproponował Travis.
- Pewnie. - odpowiedziałem.
- Ja się stąd nie ruszam! Będę grał na leżąco. - powiedział Mark, chociaż i tak musiał ostatecznie podnieść dupsko do pozycji siedzącej, po tym jak piłka o niezbyt przyjemnym kształcie trafiała go niejednokrotnie w głowę.
- Ej, uważaj na nią, bo niedługo będziesz wyglądał jak Travis.  - roześmiałem się. - Kto cię tak urządził, stary?
- Długa historia.
Muszę przyznać, że było mu do twarzy z tą śliczną fioletową śliwą pod okiem. Musieliśmy wtedy wyglądać jak totalne dzieci szczęścia: trzech wesołych, powalonych obszarpańców rzucających w siebie futbolówką w parku, jakby mieli za mało urazów.
Perkusista usiadł i opowiedział nam szaloną historię wczorajszej nocy. W sumie szkoda, że nie poszedłem z nim. Zdecydowanie wolałbym napierdzielać jakiemuś dresowi po mordzie razem z losowym zjarańcem, niż siedzieć na tyłku z Markiem i urządzać bitwę na gitary. Chociaż w sumie nagrodą za wygraną była akceptacja mojego tekstu piosenki. Kosmici rządzą, nie? Najgorsze było strojenie, nie chcę nawet wspominać ile to trwało.
- Hej Tom a pamiętasz jak spotkaliśmy tych dwóch typków w barze i miałem ochotę wypruć im flaki? - odezwał się Mark.
- No trudno nie pamiętać, to było kilka dni temu. Nadal nie wiem czemu byłeś aż tak wkurzony.
- Nieważne. Wiesz znowu spotkałem jednego z nich. Siedział w szpitalu i jakimś cudem był jeszcze bardziej wkurzający. Myślicie, że on bierze z tego jakieś lekcje?
- To bardzo możliwe. A którego spotkałeś? Tego co darł do ciebie z mordą czy tego co siedział obok?
- Blondyna. Wolałbym jego koleżkę, przynajmniej by się tak nie rzucał.
- Ej, ale o kim wy w ogóle mówicie? - spytał Travis. - Coś mnie ominęło?
- Ta, jak zwykle piłeś.
- Aaa, to wiele wyjaśnia.
- Zamierzacie grać dalej?  - zapytałem, wstając.
Rozpoczęliśmy ponownie i nieźle wkręciliśmy się w grę, rzucaliśmy się po trawie jak głupi. Raz chyba trochę przesadziłem z siłą wyrzutu, przez co Travis o mało nie wpadł do stawu.
- Tak chcesz się bawić?! - krzyknął, a następnie rzucił piłką najmocniej jak potrafił. Nie zamierzałem poddawać się tak szybko. Pognałem w tamtą stronę, rozpędziłem się i wykonałem efektowny wyskok w górę, łapiąc piłkę w locie, po czym, równie efektownie, wylądowałem na kocu piknikowym jakiejś pary. Z tyłu usłyszałem śmiech chłopaków. Popatrzyłem po twarzach osób, na których jedzeniu wylądowałem, wydawali się zdziwieni. "Dobra, na razie nikt nie chce mnie zabić." - pomyślałem i postanawiając wykorzystać sytuację ugryzłem jedną z muffinek porozrzucanych wokół mnie. Chyba też na kilku leżałem. Mmm, jagodowa.
- Co ty od...?! - odezwał się koleś, obok którego leżałem. Niebezpiecznie podniósł głos.
- Wyluzuj, są zajebiste. - przełknąłem sporego gryza - Serio, sama je piekłaś?
Zarzuciłem oczami w stronę młodej blondynki z czerwoną szminką na ustach. Dziewczyna zaczęła się ze mnie śmiać. Słodka była. Nawet słodsza niż te babeczki.
- A mi dacie spróbować? - nawet nie zauważyłem, kiedy Mark podszedł mnie od tyłu. Nie czekając na odpowiedź ze strony kogokolwiek wziął sobie babeczkę i posmakował.
- Chociaż raz ten palant ma rację.
Mężczyzna na kocu wydawał się delikatnie zirytowany.
- Nie dość że macie czelność tak po prostu sobie na nas wpadać, to jeszcze bez pozwolenia kradniecie nasze jedzenie? Gdzie wy się wychowaliście?! W jebanej dżungli?
- Daj spokój, Charles. Chłopcy tylko dobrze się bawią, prawda?
- Ta. - walnąłem i uśmiechnąłem się do niej głupio.
- Chciałbym przeprosić państwo za zaistniałą sytuację. - Travis wtrącił się do rozmowy. - Jak sami państwo widzą, ci dwaj dżentelmeni dopiero co wyszli ze szpitala psychiatrycznego. Mięli zaawansowane stadium choroby zwanej dysmózgią. Rozumiecie, trwałe zamrożenie kilku szarych komórek. Straszna rzecz. - Popatrzył na nas pobłażliwie, następnie zmierzwił mnie i Markowi włosy.
- Co z łapami, paszczurze jeden?! - zadarł się mój przyjaciel. - Bo poszczuję kulą!
Podniósł swojego badyla i wycelował w stronę Travisa. Blondynka znowu zaczęła się uroczo śmiać. Jej towarzysz też chyba się rozchmurzył. Zobaczył, że to tylko głupie żarty. Skończyło się na tym że wszyscy wymieniliśmy imiona i usiedliśmy wspólnie na kocu. Rozpoczęliśmy pogawędkę.

Mark:


Siedziałem w najlepsze na kocu, rozmawiając z naszymi nowymi znajomymi, którym Tom przed chwilą zmiażdżył tyłkiem połowę jedzenia (ach, co za piękny początek znajomości!) gdy nagle zauważyłem brak czegoś, a właściwie kogoś. Gdzie się podział Travis? Już miałem poinformować innych, kiedy to powód jego nieobecności wmaszerował do parku. Jak jej tam było? Clancy? A nie, to męskie imię. Nieważne. Postanowiłem wyjść jej na spotkanie. 
- O proszę, a kogo my tu mamy? 
Zatrzymała się i zmierzyła mnie krytycznie wzrokiem.
-  Och, jak miło widzieć głupiego kumpla z głupiego zespołu mojego byłego chłopaka - idioty. - ironiczny grymas pojawił się na jej twarzy. - Nie mam czasu na głupie pogadanki. Suń dupę, śpieszę się. - Wcześniej nie miałem pojęcia, że jest taka wredna. Postanowiłem sobie z niej ostrzej zadrwić, w końcu to przez nią miałem szkło w nodze. I przy okazji w sercu mojego przyjaciela.
- A dokąd ci tak śpieszno? Czyżby twój nowy chłopak bił cię, kiedy spóźnisz się minutę i nie zrobisz mu dobrze na wejściu? 
- Jak śmiesz, sukinsynu!
Dostałem od niej z liścia. Zapiekło. Niby taka bezbronna i delikatna, a bije jak zawodnik MMA. 
- Słyszeć prawdę boli, hmm? Nie chcesz nawet wiedzieć jak się miewa Travis? Nie chcesz usłyszeć jak zapija smutek i budzi się z twoim imieniem na ustach? Nie obchodzi cię to, co?!
- No, wreszcie jakieś pozytywne newsy tego dnia! - ok, to mnie naprawdę zirytowało. Widziałem jak mój najlepszy przyjaciel, ukradkiem ociera łzę, leżąc w łóżku późną nocą. On cierpiał, a ta suka nic sobie z tego nie robiła! 
- Czy ty go w ogóle kochałaś? - spytałem.
- Haha, nie rozśmieszaj mnie, kotku. Punk to rzeczywiście dobra nazwa na kogoś takiego. Jak można kochać takiego śmiecia? 
Dobra, teraz miarka się przebrała. Ona nie tylko nazwała mojego przyjaciela śmieciem, ona mieszała z błotem również mnie i mój styl życia. To była też moja sprawa. Napiąłem się, przybierając pozę "groźnego faceta". Przybliżyłem się do niej tak, że moja twarz znalazła się kilka centymetrów od jej i wyszeptałem: 
- A połamał ci ktoś kiedyś nóżki? 
- Z pewnością nie zrobi tego męt - kaleka. - odpowiedziała równie cicho, z wrednym uśmieszkiem malującym się na twarzy. 
Popchnąłem ją wprost na najbliższe drzewo. Może nie z całej siły, bo to jednak laska, ale na tyle mocno, aby upadła i nie mogła od razu się podnieść.. Już miałem podejść do niej i powiedzieć co o niej sądzę, gdy usłyszałem kroki za sobą i sapanie. Zanim zdążyłem się choćby odwrócić za siebie, dostało mi się cholernie mocno w tył głowy. Upuściłem kule, lecąc na kolana. Oparłem się rękami o ziemię i spojrzałem do tyłu. Stał tam nie kto inny, jak mój ukochany przyjaciel z kliniki. Po prostu świetnie!

Mike:


Właśnie wyszliśmy razem z Tomem z hotelu. Mój kumpel obudził mnie dzisiaj nad ranem w drodze do łóżka, potykając się o stertę własnych ciuchów rozrzuconych po podłodze. Był tak wyczerpany, że nie miał siły zdjąć butów. Nie było szansy żebym przywrócił go do życia przed trzecią, nawet rzucanie w niego przypadkowymi rzeczami nie pomagało. Teraz niby minął mu już kac, ale i tak wlókł się w niemiłosiernym tempie. Stwierdziliśmy, że przed rozpoczęciem naszego codziennego polowania na okazję pójdziemy znaleźć jakieś miejsce z tanim żarciem. W drodze opowiadał mi co się stało, że tak a nie inaczej wygląda. To było chore. Dobrze, że z nim nie poszedłem, jako że wczoraj byłem mentalnie wykończony. Ciekawe co by się stało, gdybym podczas bitki z tamtym łysym zasnął mu na ramieniu; trochę zbyt romantycznie jak na mój gust. Ruszyłem w stronę parku.
- Tędy będzie szybciej. - wyjaśniłem.
I właśnie wtedy zostałem świadkiem dość niemiłej scenki. Na ścieżce stało dwoje ludzi. Rozpoznałem przygłupa, z którym wdałem się w konflikt w poczekalni zaledwie przed dwoma dniami. Serio? Znowu on? Po minach jego i dziewczyny rozmawiającej z nim widać było, że nie był to rodzaj przyjaznej pogawędki o pogodzie. Zbliżył się na centymetry do jej twarzy i powiedział coś, zapewne prowokującego. Ona też coś powiedziała, na co on gwałtownie popchnął ją prosto w pień drzewa. Tak po prostu! Co ten palant sobie wyobraża?! Rozważyłem, co bym mu zrobił, gdyby tam stała moja dziewczyna i postanowiłem, że zrobię dokładnie to samo. Zanim się obejrzał leżał już na ziemi. 
"Może sam nie jestem święty, ale nie odpuszczę gościowi za takie zachowanie względem kobiety!" - pomyślałem. Kopnąłem kule poza zasięg jego ręki - tak łatwo się nie podniesie. Dziewczyna wyglądała na roztrzęsioną. Coś mówiła...
- On.. chciał mnie... - kilka łez poleciało po jej policzku. Mogłem sobie tylko wyobrazić jak musiała być przerażona.
- Kłamliwa suka! - wrzasnął tamten, próbując wstać. To było zbyt okropne, musiał dostać nauczkę.
Rzuciłem się na niego, oddając serię silnych uderzeń. Przyjąłem parę razów na twarz i klatkę piersiową, odchyliłem się i chyba zaczęła mi lecieć krew, ale wiedziałem, że mam za dużą przewagę, aby przegrać. Kolo mógł się co najwyżej czołgać. Turlaliśmy się chwilę po ziemi, oddając sobie nawzajem kolejne uderzenia, zanim udało mi się obezwładnić napastnika. Niestety zdołał wyrwać nogę z mojego uścisku i jego but wylądował na mojej twarzy. Opadłem w tył. Proszę, udało mu się wstać. "Na jednej nodze za długo nie postoi" - pomyślałem i szybko podciąłem mu skrzydła. Runął na ziemię, a ja z satysfakcją zastosowałem się do starego przysłowia: oko za oko, but za but.
Wtem pojawił się za mną Tom - strażnik moralności i zdołał mnie powstrzymać. Chyba faktycznie przesadziłem z ilością kopów. Teraz tamten też krwawił.
- Zostaw go, Mike. Nie chcesz mieć kłopotów.
Faktycznie ktoś mógł nas zatrzymać. Odeszliśmy jak najszybciej z tego miejsca, a tempo naszych kroków idealnie zgrało się z tempem niecenzuralnych wyzwisk kierowanych pod naszym adresem. Dziewczyny już tam nie było. Nie widziałem, kiedy uciekła, ale na jej miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. Współczułem jej całym sobą. Szliśmy przez chwilę w milczeniu w losowo obranym kierunku. Po dłuższym milczeniu odezwał się Tom:
- Hej Mike, mogłeś to sobie darować. Widziałeś przecież, że nie może chodzić.
- Błagam, powiedz, że robisz sobie ze mnie jaja.
- Nie. To znaczy... no wiesz, ja nie byłbym z siebie taki zadowolony kopiąc po twarzy człowieka z ograniczoną sprawnością ruchu,
- Czy ty siebie słyszysz? On chciał ją zgwałcić! To najbardziej nieludzka zbrodnia, jaka istnieje, a ty go jeszcze bronisz?!
- Spokojnie, kowboju. Bo się zagalopujesz na śmierć.
- Sorry, nie chciałem krzyczeć, ale wiesz - emocje. Wyobraziłem sobie, że na jej miejscu mogłaby być Andrea i nie potrafię wymazać tego obrazu z pamięci. Rozumiesz, martwię się, że kiedyś coś może jej się stać, a ja nie będę w pobliżu. Nie wybaczyłbym sobie tego.
- Człowieku, daj spokój. Nie możesz chronić nikogo przed życiem.
- Masz rację, chyba zamieniam się w nadpobudliwego chłopaka - tatuśka. - uśmiechnąłem się pod nosem.
- Pewnie byś chciał, ale nie rośnie ci broda. - roześmiał się. Co za wredota.
Wyszliśmy z plątaniny ulic na chodnik z widokiem na zatokę.
- Patrz, ten prom płynie chyba do Bremerton. Może zabierzemy się z nimi i raz na zawsze uwolnimy Yuriego od matczynego ciemiężcy.
- Ja mogę sterować! Kapitan Wisniewski brzmi całkiem przyzwoicie, nie uważasz?
W odpowiedzi zdobyłem się tylko na krótkie "Taa" Wpadłem w zamyślenie. Ludzie mijali nas z pośpiechem. "To dziwne - każdy ma jakieś miejsce, gdzie musi być. Tylko ja nie." Przez chwilę poczułem się niezwykle samotny. "Sam w mieście pełnym ludzi - ironia." Zapatrzyłem się w wodę. Słońce kładło na niej swoje promienie, próbując przebić się jak najbliżej dna. "Piękny dzień na rozmyślanie o gwałtach." - pomyślałem.
- Jak sądzisz, dlaczego ludzie to robią? - zapytałem cicho, przechylając się przez barierkę.
- Co?
- Dlaczego ranią innych?
- Znowu o tym myślisz? Daj sobie wreszcie spokój, nawet nie wiemy, co naprawdę wydarzyło się między tamtymi ludźmi. Skąd wiesz, że facet serio chciał to zrobić?
- Wiesz, nie znam tego debila, nie znam nawet jego imienia,  ale mam intuicję i ona podpowiada mi, jacy inni naprawdę są. Łzy tej dziewczyny nie mogły kłamać. - Zmrużyłem oczy, patrząc w słońce. Wydawało mi się jeszcze większe i jaśniejsze niż zwykle - jakby sam Bóg chciał poprawić mi humor.
- Dość tej babskiej gadki, idziemy na pizzę! - odezwał się Tom. Powlokłem się za nim. Właściwie chętnie zostałbym tam jeszcze chwilę, miałem ochotę pogapić się bez sensu na zatokę i spokojnie przemyśleć kilka rzeczy. Zgaduję, że nikt nigdy nie wymyśli lekarstwa na refleksyjną naturę.
Wmaszerowaliśmy do pierwszej lepszej pizzerii. Nie chciało mi się za bardzo jeść, ale Wisniewski z radością mnie wyręczył, pochłaniając prawie wszystkie moje kawałki. Zastanawiałem się tylko, dlaczego wszyscy wokół tak dziwnie się na mnie gapią. Nachyliłem się do przyjaciela.
- O co im chodzi? - wskazałem głową na ludzi przy stolikach obok, niektórzy z nich ukradkiem spoglądali w naszą stronę.
- Jesteś cały uwalany ziemią i masz zaschniętą krew pod nosem, geniuszu.
- Hej, moja twarz, moja sprawa. - zrobiłem pseudo-oburzoną minę, doprowadzając do śmiechu naszego gitarzystę.
- Pewnie myślą, że dziewczyna cię przyłapała na zdradzie, czy coś.
- I zafundowała mi make up w stylu break up?
- Dokładnie!
- Dobra, spadamy. Muszę się umyć.
- Jeszcze nie skończyłem! - zaoponował. - Poza tym mieliśmy iść szukać mieszkania.
- To idź. Mi się już nie chce.
- W porządku, pójdę sam.
- Wiesz gdzie zacząć?
- Wczoraj Travis powiedział mi o czymś, co kiedyś było akademikiem, ale coś tam się nie udało i teraz stoi na wpół puste. Może byśmy to sprawdzili.
- Proszę bardzo, wiesz gdzie to jest?
- Nie, ale mogę się zapytać. Nazwał to Drippy House,
- Ou, to nie brzmi zbyt dobrze.
- Przestań, może to tylko nazwa.
- Miejmy nadzieję. Idź już, ja wracam.
- Jak chcesz.
Obserwowałem jak podbiega do jakiejś, na oko czterdziestolatki, rozmawia chwilę, a później rusza przed siebie i skręca w jedną z bocznych uliczek.  Ja, wbrew temu, co mu powiedziałem nie zamierzałem jeszcze wracać do hotelu. Naprawdę miałem potrzebę powłóczyć bez celu i równie bezcelowo porozmyślać o wszystkim i o niczym. Czasem miałem takie odpały, że lubiłem pobyć w swoim własnym towarzystwie. Spacerując powoli wzdłuż ulicy natknąłem się na sklep papierniczy - jednym słowem przeznaczenie. Przeszukałem kieszenie i znalazłem resztę po obiedzie, a może raczej kolacji. Wyszedłem ze sklepu z zeszytem, długopisem i chęcią przemienienia moich rozważań w tekst piosenki. Znalazłem zejście bezpośrednio nad wodę. "Teraz już tylko ja, pusta kartka i zachód słońca" - pomyślałem - "A Tom niech się szlaja gdzie chce".

Tom D:


Siedziałem na kocu piknikowym wraz z Sarah i jej przyjacielem, chociaż szczerze wolałbym, aby go tam nie było. Miałem wrażenie, że moje serce stawało do góry nogami przy każdym spojrzeniu na tę drobną, żywiołową dziewczynę. A przecież dopiero co się poznaliśmy! To zwykle tak szybko nie działa, przynajmniej tak mi się wydaje. Właśnie zauważyłem brak moich świrniętych kompanów, ale zbytnio się tym faktem nie przejąłem, Spróbowałem rozśmieszyć dziewczynę dowcipem o dziadku w centrum handlowym i chyba jej się podobało, bo nie wywróciła oczami jak wszyscy inni, gdy zaczynam opowiadać żarty. Tamten blondyn w sumie nie był aż taki zły, przynajmniej udawał, że go to śmieszy. Inna sprawa, że zaczynałem być o niego trochę, em, zazdrosny. Wiem, że to głupie, ale nie podobało mi się w to, w jaki sposób ona zdrabniała jego imię do "Charlie". Dlaczego mnie nie mogła nazywać "Tommy"?  - to by było słodkie. "trzeba by jakoś wkraść się w jej łaski." - pomyślałem. "Niech zobaczy, jakim zajebistym facetem jestem. Bo jestem, prawda?" Cholera, gadam sam ze sobą, zamiast gadać do niej. Okej, Thomas, ogarnij się.
- Ej, a co byście powiedzieli na wypad do kina? Stawiam bilety. - ok, chyba uratowałem nas przed klątwą niezręcznej ciszy.
- Pewnie! Świetny pomysł, no nie? - odpowiedziała Sarah, trącając kolegę w ramię,
- Pójdę z tobą, gdzie tylko zapragniesz, milejdi. - poderwał się i wykonał teatralny ukłon.
"Nie podlizuj się, stary, nie chcesz mieć do czynienia z gniewem sir Delonga" - Rany, o mało co tego nie powiedziałem. Zluzuj, Tom - ona jest twoja.
- Więc chodźmy. - wstałem i zacząłem wrzucać pozostałe żarcie do kosza, potem zabrałem się za zwijanie koca i nie wyszło nawet tak krzywo, jak zwykle. Nie zmienia to faktu, że dalej było krzywo.
- Dzięki, Tommy. - uroczy uśmiech zawitał w kącikach jej ust.
Błagam, niech ktoś powie, że to nagrał. Anioł zdrobnił me imię, czuję się zbawiony.
Będąc w kinie stwierdziliśmy, że raz pozwolimy dziewczynie wybrać film. Czy one naprawdę nie widzą, że wszystkie komedie romantyczne mają jedną i tą samą fabułę? W każdym razie nie dane mi było zobaczyć finałowego pocałunku Jordana i Sally. Wyprowadzono mnie, gdy ochrona zorientowała się, że przez cały seans podjadałem resztki z koszyka. Nienawidzę tego, że do kin nie można wnosić własnego jedzenia. No dobra, to nie było moje jedzenie.
Stałem przed budynkiem i obserwowałem jak dzień powoli zmieniał się w wieczór, pożałowałem, że nie wziąłem ze sobą bluzy. Spojrzałem w stronę wejścia "O, jest i moja ślicznotka. Ale nakręcona, chyba film jej się podobał."
- Muszę już iść. - powiedział Charles.
- Nie idź jeszcze!
- Muszę, zaprosili mnie.
- Ech, w porządku. Ale zadzwoń jutro, proszę.
- Masz to jak w banku. Cześć. - zamachał jej ręką, a ona doskoczyła do niego i stanęła na palcach, aby siarczyście pocałować go w policzek.
- Cześć, Tom. - powiedział, po czym oddalił się w swoją stronę.
- Cze... - urwałem w połowie, mój mózg właśnie skończył przetwarzać co się stało. Pocałunki, zdrobnienia, piknik tylko we dwoje. Jakim cudem mogłem być tak ślepy? Byli parą, to oczywiste że byli! I ja - idiota myślałem, że mam szansę. Serio wydawało mi się, że ktoś taki jak ona może być wolny? Poczułem silne zmieszanie. Coś, jakby gwoździe w żołądku. Wpatrywałem się w blondynkę przez chwilę. Było mi tak niemiłosiernie smutno.
- No... to ten, ja chyba też już pójdę.
Przestąpiłem z nogi na nogę.
- Hej. Wiesz, miło było cię poznać. Może się jeszcze kiedyś zdzwonimy?
- Pewnie. - odwróciłem się z zamiarem odejścia.
- Czekaj, nie chcesz mojego numeru?
- O, ta, jasne. Zapomniałem.
Wyjęła długopis ze swojej torebki i zapisała mi numer na ręce. Odwróciła się i poszła, a ja nie mogłem odwrócić od niej wzroku, choć chciałem. A może nie chciałem? Kiedy moja nowa miłość zniknęła za zakrętem, gapiłem się w tamto miejsce jeszcze chwilę, ze złudną nadzieją, że zaraz wybiegnie zza rogu i mnie także zaszczyci pocałunkiem. Oczywiście nic takiego się nie stało. Powlokłem się więc w żółwim tempie do domu. "Mogłem zaproponować horror. Może zamiast go całować, przywaliłaby mu siekierą w głowę." - pomyślałem ponuro. Otwierając drzwi, natrafiłem na leżącego na kanapie Marka, oglądającego jakiś serial z piwem w ręku. Nawet na mnie nie spojrzał, gdy przeszedłem mu przed nosem. W sypialni zastałem Travisa, który siedział na łóżku.
- Co mu się stało? Jest jeszcze bardziej poobijany niż wcześniej. - spytałem, przysiadając się.
- Nie wygląda dużo lepiej niż ty.
- Co masz na myśli?
- Wzdychasz głośno jak jakiś kombajn. Serio, było słychać aż z korytarza. I ta mina a la zbity pies. Co się stało?
- Kłopoty sercowe. - oparłem głowę na ręce i ponownie westchnąłem.
Uśmiechnął się smętnie.
- Wiem coś o tym.
No, przynajmniej nie jestem sam.

~*~

Ok, mamy nadzieję, że komukolwiek podobał się nowy post. Trochę melancholijnie na koniec, więc wstawiam optymistyczne zdjęcie pana Wisniewskiego. On to czuuje :)


poniedziałek, 1 lutego 2016

Tom W:


Rano Yuri wyjechał, a my cały poniedziałek spędziliśmy na ganianiu za mieszkaniem. Co jak co, ale właściciele powinni się postarać się przynajmniej udawać miłych, kiedy przychodzą do nich klienci. Nie żebym miał jakieś wygórowane potrzeby w temacie savoir vivre , ale ci z którymi rozmawialiśmy, wydawali zdrowo rąbnięci. Jak mówiłem, przez kilka ostatnich dni łaziliśmy po mieście w poszukiwaniu zakwaterowania, ale wszystkie czynsze były za wysokie do regularnego spłacania. Pomyśleliśmy, że zostawimy ogłoszenia w lokalnych gazetach w spokoju i zagłębimy się nieco w miasto z nadzieją, że uda nam się coś znaleźć. W końcu ktoś, kto tanio sprzedaje mieszkanie, nie może mieć hajsu na reklamę w gazecie, nie? Wyszliśmy z naszego hotelu i skierowaliśmy się do jednej z wielu wysokich, starych kamienic blisko centrum. Wisiała na niej kartka z informacją o wynajmie. Jakiś pan - wysoki, sztywny elegancik z koszulą w spodniach otworzył nam drzwi i bacznie przyglądał się każdemu z osobna przez jakąś minutę, zanim zdecydował się nas wpuścić. Poprowadził mnie i Mika przez korytarz do swojego biura, co chwila odwracając się i posyłając nam długie, podejrzliwe spojrzenia. Pokój był przerażająco schludnie utrzymany. Rozsiedliśmy się wygodnie na krzesłach, kiedy to typ wolno podszedł do biurka i delikatnie usiadł na samym rogu swojego fotela, jakby bał się, żeby go nie ubrudzić, czy coś. Domyślaliśmy się już, że mamy przerąbane, ale było gorzej niż myśleliśmy. Koleś przez ponad godzinę wypytywał nas o: poprzednie miejsce zamieszkania, wiek, zawód, imiona i nazwiska rodziców, wiek i miejsca pracy naszych rodziców, numery pesel, a nawet grupę krwi, oraz szczegółowy opis wszelkich urazów i badań lekarskich. To było naprawdę podejrzane, bo niby po co mu to było? Chciał nas sklonować, czy jak? Już sobie wyobrażam to laboratorium szalonego naukowca, ukryte za regałem i co gorsza, cudowne życie z dwoma Mikami. Nigdy nie mógłbym się dostać do lustra, bo jeden z nich by tam stał i się pindrzył. W każdym razie, kiedy zaczął pytać o korzenie naszych rodziców, mój przyjaciel po prostu wstał, otworzył drzwi przesadnie mocnym kopem i wyszedł. Chwała mu za to. 
Po 'przesłuchaniu' zapuściliśmy się w północną stronę miasta. Podpytując miejscowych, znaleźliśmy blok, gdzie mięli podejrzanie tanie mieszkania. Zadzwoniliśmy domofonem, ale nikt nam nie otworzył. Na szczęście zamek był wyłamany. Na klatce nie pachniało zbyt ciekawie, ale postanowiliśmy to zignorować. Zapukaliśmy do pierwszych lepszych drzwi, w celu dowiedzenia się, na którym piętrze wynajmują pokoje. Otworzył nam podstarzały człowiek, w samych bokserkach i podkoszulku - żonobijce i rzucając na nas pogardliwe spojrzenie, stwierdził:
- Nie przyjmujemy tu obcych. - Powiedział to co najmniej w taki sposób, jakbyśmy byli z innej planety. Miałem coraz silniejsze wrażenie, że każdy w tym mieście chciał nas zabić.
W końcu znaleźliśmy odpowiednie drzwi. Tym razem, otworzyła nam kobieta w kowbojskim kapeluszu. Mogła mieć trzydzieści kilka lat. Bez słowa poszła w głąb swojego mieszkania. 
- No co, wchodzicie, czy zamierzacie tak tu stać i się gapić? - usłyszeliśmy. Weszliśmy do środka. Panował tam niezły syf, ale babka wyglądała na samotniczkę, poza tym my też nigdy nie byliśmy specjalnie schludni.
- Walnijcie się koło mnie. - powiedziała, przeskakując przez oparcie jakże pięknej, żygozielonej kanapy. Kiedy usiedliśmy, odkorkowała coś, co najprawdopodobniej było tanim winem, wzięła łyka z gwinta, po czym podała mi butelkę.
- To co, pijecie? - spytała.
- Eeeem. Wiesz, może najpierw zobaczylibyśmy mieszkanie. - odpowiedziałem.
- Taaa, są na przeciwko. - rzekła, rozwalając nogi na stoliku do kawy. Domyśliliśmy się, że nikt nie raczy nas oprowadzić, więc wyszliśmy za drzwi na korytarz i otworzyliśmy te na przeciw. Nie wierzyłem własnym oczom. Było czysto i nawet ładnie, a to ostatnie czego się tam spodziewałem. Obejrzeliśmy trzy pokoje i łazienkę i wszystko wyglądało naprawdę nieźle. Ale ogólnie, trochę mnie niepokoiło to miejsce.
- Ej, Mike, na pewno chcemy mieszkać u tej szurniętej baby? - zapytałem.
- Oj przestań, może jest po prostu wyluzowana?
- Tak, ten kolo z dołu też jest wyluzowany?
Zdecydowaliśmy wejść z powrotem do środka. Tym razem miała na sobie tylko podkoszulek i krótkie spodenki. I oczywiście nieodłączny kapelusz. Reszta leżała na podłodze.
- Iii? Bierzecie?
- Nawet tu fajnie. - stwierdził Herrera, przeskakując przez oparcie jak nasza walnięta właścicielka. Podała mu butelkę, a ten wypił trochę, skrzywił się i stwierdził:
- Smakuje jak siki.
- Wiem. - roześmiała się, a on poszedł jej śladem.
"No proszę, trafił swój na swego" - pomyślałem. Gadaliśmy jeszcze około czterdziestu minut, ogólnie o wszystkim, tylko nie o zakwaterowaniu. Zaczynało mi się robić coraz bardziej niezręcznie, ale widocznie mój kumpel i ta dziwna kobieta dobrze się bawili. Chichotała jak opętana hiena.
- Hej, Mike, a ile ty w ogóle masz lat? 
- Niecałe 21. A ty?
- Kobiet się o wiek nie pyta, mój drogi. - tu położyła mu głowę na ramieniu, a raczej uczepiła się go - Ale nie bój się, lubię młodszych. Są tacy... niewinni. - westchnęła teatralnie.
- Hej, chyba zrozumiałaś mnie trochę źle. Ja mam dziewczynę. - próbował się od niej odsunąć, ale ta nie chciała go puścić. Wczepiła się w niego jak rzep i patrzyła mu głęboko w oczy. Wydawał się trochę przerażony. Mi osobiście chciało się śmiać. Love story jak z dobrej komedii. 
- Nie spinaj się tak, kochany. Wydajesz się taki zagubiony. Chodźmy do sypialni, a pomogę ci się odnaleźć. - wyszeptała mu ostentacyjnie wprost do ucha. To się już robiło zbyt chore.
- No dobrze. No to ten, ty się... yyym. Wyszykuj. Znaczy... przygotuj. A ja tu sobie poczekam, ok?
Pobiegła jak szalona do łazienki.
- Zwiewamy. - jęknął, wybałuszając oczy. - Szybko.
Wzięliśmy nogi za pas, kopiąc po drodze porozrzucane na klatce schodowej strzykawki, zużyte w wiadomym celu i omijając rozbite szkło. 
- Przysięgnij, że nikomu o tym nie powiesz. - poprosił Mike dziesięć minut później, gdy ciągnąłem go na dalsze poszukiwania. Był bardziej niż trochę zszokowany i nie chciał już nigdzie iść. W sumie, nie dziwiłem mu się.
- Wszyscy się dowiedzą! Wyobrażasz sobie te nagłówki w czasopismach? Niejaki Michael Herrera, w dzikim romansie z podmiejską ćpunką, prawdziwa historia! - dostałem w ramię. Mocno.
Udało mi się namówić go na jeszcze jeden, ostatni spacer. Znaleźliśmy jedno naprawdę ładne miejsce, tym razem na południu miasta, z daleka od adoratorki Herrery. W środku zastaliśmy przemiłą starszą panią, która przywitała nas ciastkami i popołudniową herbatką. oprowadziła nas po niedużym, zadbanym mieszkaniu. Lokum wydawało się naprawdę ok. Nie mięliśmy wątpliwości, że chcemy tam zostać na dłużej. Podczas gdy siedzieliśmy w jej salonie, krucha staruszka przygotowywała wszystkie potrzebne dokumenty. Do moich nóg zaczął się nagle łasić mały, czarno-biały kociak. 
- Co za słodkie stworzenie. Jak się wabi? - grzecznie zapytał Mike.
- To Mruczuś, moje oczko w głowie. - uśmiechnęła się pani. - Lubicie koty?
- Oczywiście, uwielbiamy. - odpowiedział wystawiając zęby na światło dzienne.
- Znowu flirtujesz? Wiem, że lubisz starsze, ale żeby aż tak? - szepnąłem blondynowi ze śmiechem do ucha.
- Co mówicie, chłopcy?
- Nic nic, proszę pani. 
- Tak właściwie bardzo chciałabym was lepiej poznać. Jak się nazywacie? 
- Ja jestem Tom, a to jest Mike.
- A macie jakieś prace? Co robicie w życiu?
- Gramy w punk rockowym zespole i jak na razie to tyle, pewnie się jeszcze czegoś złapiemy w przyszłości.
Po tych słowach z tą niewinną starszą panią stało się coś dziwnego. Gwałtownie wyprostowała się, posyłając w nas spojrzenie godne samego belzebuba. 
- Szataństwo! - wrzasnęła nagle. - Wynoście mi się stąd, synowie diabła! Egzorcyzm by się wam przydał, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! - darła się wniebogłosy.
- Ale proszę pani, jesteśmy zespołem chrześci... - zaczął się tłumaczyć kolega, ale przerwał mu ciśnięty z wściekłością talerz po ciasteczkach, który roztrzaskał się na podłodze za nim. Skąd ona miała tyle siły?
- Wzywam policję! - jej głos osiągał nieprawdopodobną ilość decybeli. Sama mogłaby zostać punkową wokalistką. 
Ewakuowaliśmy się szybko, zanim zdążyła się jeszcze bardziej rozkręcić. Jestem ciekaw, co powiedziała funkcjonariuszom. Po tym zdarzeniu oboje mięliśmy tego miasta po dziurki w nosie. Ruszyliśmy więc ze smętnymi minami w stronę hotelu.
- Czy mi się wydaje, czy wszyscy tutaj mają nie po kolei w głowie? - spytałem samego siebie.
- Ci, z którymi gadaliśmy wcześniej byli w miarę normalni, tylko mięli wysokie ceny. 
- To ja już wolę zostać przy tych z wysokimi cenami...
- Ciekawe, jak im zapłacisz. Kończy nam się kasa na hotel.
- Możemy znaleźć prace, Mike.
- Bezdomnym nie dają pracy.
- Ano, fakt.
Kiedy wróciliśmy do naszego pokoju hotelowego, była już prawie noc. Stwierdziłem, że muszę po tym wszystkim odreagować. Chciałem w końcu iść w jakieś normalne miejsce i najnormalniej w świecie się upić. Typowe, proste marzenie młodego mężczyzny. W Seattle było dużo klubów, kilka z nich dzisiaj mijaliśmy. Zapytałem przyjaciela czy idzie ze mną, ale on odpowiedział, że musi zadzwonić do Andrei. No tak, nie widział się aż tydzień ze swoją dziewczyną, to największy dramat w jego życiu. Wyszedłem, kiedy tylko przykleił się do telefonu, podejrzewając, że jak wrócę dalej będzie tam stał.

Travis:


Wszedłem do naszego zajebistego salonu, w którym to spędzaliśmy najwięcej czasu, jako że był jedynym pomieszczeniem w tym domu większym od klatki dla chomika. Zastałem w nim Delonga, siedzącego na podłodze, w pełnym skupieniu bazgrającego coś na kartce i Hoppusa opartego o kanapę, z akustykiem w ręku. Domyślałem się, że tworzyli jakieś nowe dzieło sztuki. Tom chyba miał natchnienie, bo pisał z niewiarygodną szybkością. Położyłem się na kanapie, kładąc stopy w pobliżu głowy Marka. Thomas wstał i podbiegł do naszego kolegi z nogą omotaną bandażami, jak u mumii. Pokazał mu kartkę, ten przeczytał, po czym spojrzał na Toma jak na idiotę.
- Serio? Kosmici cię uprowadzili? To głupie.
- A twoja piosenka o siedzeniu na drzewie z opuszczonymi gaciami już była mądra?
- Co? To był przecież szczyt inteligencji. On po prostu nie ogarnia mojego geniuszu literackiego, prawda Travis?
- Ta, Mark. Byłeś całkiem inteligenty, zanim upadłeś na głowę przy porodzie. - wtrącił się Tom, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
- Ja przynajmniej kiedyś byłem inteligentny.
- Frajer.
- Szmaciarz.
- Ciota.
- Cwel.
Tom ściągnął skarpetkę i podłożył Markowi pod nos. Hoppus odpowiedział tym samym i zaczęła się istna wojna. Niby byli tacy różni, ale gdy się kłócili, zamieniali się jakby w jedną osobę. Oczywiście rzadko kiedy robili to na poważnie. Potrafili rzucać głupimi wyzwiskami nawet przez godzinę, ale każdy kto ich zna, wie, że skoczyliby dla siebie w ogień. Po jakimś czasie okładania się wszystkim, co było pod ręką, stwierdzili, że zostawią tekst i zajmą się muzyką Czułem się w tym momencie trochę bezużyteczny, jako że to oni zawsze pisali piosenki. Nie chcę nawet mówić, co mi wyszło, kiedy ostatnio próbowałem. Nie wiem jakim cudem te bezmózgi są w tym dobre. Postanowiłem się gdzieś przejść. Kto wie, może poznam jakąś dziewczynę, która nie okaże się zimną suką? Poza tym miałem ochotę się napić. Ostatnio zamieniałem się w nałogowego alkoholika. A może to dlatego mnie rzuciła? Dobra, miałem o niej nie myśleć. Ten rozdział w moim życiu był zdecydowanie zamknięty. Wpadłem do pierwszej lepszej miejscówki, zamawiając na początek wódkę z colą. Usiadłem przy jakimś wolnym stole. Właściwie to połowa z nich była wolna. Żaden normalny, uczciwy obywatel nie może sobie pozwolić na balowanie w poniedziałkowy wieczór, ale na szczęście ja się do nich nie zaliczam. Bębniąc palcami po blacie, rozejrzałem się dokoła, w poszukiwaniu jakiejś samotnej laski do której mógłbym uderzyć, albo innych interesujących osobników. Ech, jak zwykle wszystkie są z kimś. W tym momencie do środka weszły trzy czy cztery osoby. Dwóch podstarzałych, prawie identycznych facetów w stylowych 'kaszkietach robola' i sztruksowych kurtkach, wymieniających krzykliwe uwagi na temat ostatniego meczu, jakiś przymulony gość z szopą na głowie, który wyglądał jak po wzięciu dobrego stuffu, ewentualnie kilku nieprzespanych nocach i inny, zupełnie zwyczajny koleś, który wydawał się być trochę zdezorientowany. Pewnie jest tu nowy. Z czystej nudy zacząłem się przysłuchiwać zaciętej debacie na temat wątpliwych zdolności nowego trenera. Zauważyłem, jak koleś z tornadem czarnych włosów chodził po podłodze w rytm muzyki lecącej z głośników nieopodal, pstrykając co jakiś czas palcami. Kiedy zbliżył się do mnie byłem pewny, że mnie wyminie i pójdzie tańczyć dalej, ale ten z hukiem opadł na siedzenie na przeciwko mnie i luzackim gestem oparł się łokciem o stół.
- Sieema, stary. Co u ciebie? - powiedział to w taki sposób, jakbyśmy znali się od lat, a jakoś faceta nie kojarzyłem. Zmierzyłem go wzrokiem. Nosił białą koszulkę poplamiona jakimś żółtawym sosem, a jego włosy sterczały niekontrolowanie w każdą stronę świata, ale najbardziej rzucał się w oczy jego zjarany uśmiech. To nie mogło być nic innego niż maryśka, ale sądząc po jego zachowaniu, wypalił jej zdecydowanie za dużo.
- Cześć, znamy się? - spytałem.
- Nie, no jeszcze nie. Jestem Dwight. A ty?
- Travis. Miło cię poznać. Tak z ciekawości to co cię tak urządziło? Wyglądasz jakbyś właśnie wrócił ze szkolnej bitwy na żarcie.
- Widać bardzo? Napadliśmy z kumplami na budkę z kebabem. Turek nie miał szans z naszymi pistoletami!
- Zastrzeliliście go? - wybałuszyłem oczy.
- Na wodę, porypańcu! - zadarł się ten cały Dwight i wpadł w jakąś fazę śmiechu. Czułem, że mogło być z nim zabawnie.
- Czekaj, a gdzie ci twoi kumple? Turek ich przerobił na kebaba? - Wybuchnął śmiechem, pierwszy raz ktoś się tak śmiał z mojego żartu. Około minuty później, kiedy nasz śmieszek złapał oddech na tyle, żeby mi odpowiedzieć, po prostu stwierdził:
- Oj, zgubili się. - i znowu złapał swoją fazę. Nagle przestał się śmiać. Usłyszeliśmy głośny trzask pękającego szkła. Później był krzyk:
- Coś ci się pomyliło! Nic ci nie zrobiłem!
Potem:
- Zapłacisz za to, cholero! - zobaczyliśmy jak jakiś spity w trzy dupy frajer z agresją popycha bruneta, który niedawno wszedł do lokalu. Poleciał w tył, potknął się o nogę krzesła i upadł.
- Nawet cię nie znam! - na jego twarzy widać było mieszankę zdziwienia i oburzenia.
Byłem pewny, że ten facet nic nie zrobił. Nie wyglądał na takiego. Poza tym, o tej godzinie kręciło się tu dużo pijanych pojebów. Nosili ze sobą kije baseballowe i walili do ciebie z mordą, jeśli powiedziałeś coś złego o ich ulubionej drużynie. Gdy tylko koleś się podniósł,  rozjuszony napastnik zaczął iść w jego stronę. Nachlany typek złapał drugiego za koszulę i wymierzył mu mocny cios w brzuch. Zgiął się, ale tym razem nie upadł, zamiast tego uderzył frajera pięścią w nos. Wszyscy zgromadzeni wiedzieli, że prawdopodobnie jest niewinny i wiedzieli też dobrze, że sam nie da sobie rady, a mimo to tylko gapili się na tę bójkę jak banda głupich kóz. Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że robię dokładnie to samo. "Może dostanę w ryja, ale nie będę kozą" - pomyślałem. Czułem, że zaraz rozpęta się tam istne piekło.
- Hej, ty! Zostaw go w spokoju! - krzyknąłem i postąpiłem krok w jego stronę.
- Ty też kurwa chcesz?! Napierdolę wam obu, a później pójdę do waszych zasranych domów i wyrucham wasze zasrane matki! - wydarł się na nas. Wydawał się naprawdę nabuzowany, ale nie obchodziło mnie to. Miałem zamiar powiedzieć mu, co o nim myślę.
- Tak? Chciałbym to zobaczyć. Nie wiesz nic o mnie, ani o mojej rodzinie, poza tym ledwo doczołgasz się do pieprzonych drzwi tego klubu. Wszyscy dobrze znamy takich jak ty. Myślicie o sobie jak o samcach alfa, wszyscy chcecie być przywódcami gangów, chcecie, żeby się was bano, a tak naprawdę większość czasu spędzacie na maskowaniu faktu, że sami się najbardziej boicie. -mówiłem coraz głośniej, stopniowo zbliżając się do tego tępego kloca. - Myślicie że nie wiemy po co wam te obcisłe podkoszulki, ogolone łby i pałki? Boicie się pokazać prawdziwych siebie, to oczywiste! Jesteście przerażeni, że mogą was nie zaakceptować, jak głupie nastoletnie dziewczynki, dlatego tworzycie wzajemne kopie i udajecie jebanych twardzieli! - Tu stałem już tuż przy nim, z palcem na jego torsie, patrząc mu z ogniem prosto w oczy. Kilkanaście sekund później, jego niezbyt bystra makówka skończyła przetwarzać to, co powiedziałem. Osoby, które wcześniej nachyliły się, aby lepiej widzieć mój dramatyczny wybuch, cofnęły się teraz, kiedy zarobiłem szybki i bardzo silny cios między oczy. Powinienem był się spodziewać, że nie będzie chciał ze mną kulturalnie podyskutować o swoich emocjonalnych problemach, ale nigdy nie byłem dobry w przewidywaniu ludzkich reakcji.
Oczywiście od razu spadłem na podłogę. Podniósł bym się od razu, ale zakręciło mi się w głowie. To naprawdę bolało. Wtedy podszedł do mnie brunet w brązowej koszuli - ten, który wcześniej też od niego oberwał - i pomógł mi wstać. Przytrzymał mnie pod ramię i patrząc się z politowaniem na typa spytał:
- I co, lepiej ci? Czujesz się dowartościowany, pokazując że jesteś od nas silniejszy? Zdradzę ci pewien sekret - życie to nie film. Nas jest dwóch, dwóch wściekłych kolesi, a ty jesteś jeden i nieważne jak silny byś nie był i tak skopiemy ci dupę! - o proszę, chyba poczuł sens mojego wcześniejszego monologu. Już go lubiłem.
- Dwóch?! Macie na myśli trzech wściekłych kolesi! - wydarł się entuzjastycznie Dwight i kilkoma susami doskoczył do nas, łapiąc mnie za drugie ramię. Staliśmy tak murem we trzech naprzeciwko tamtego ułoma, kiedy nasz uwalony sosem kolega, korzystając z tego, że wszyscy zwrócili na niego uwagę, znowu zaczął wyrażać swoje emocje.
- Wiecie co ludzie? Wiecie co oni robią z tymi pałami?! Wsadzają sobie w tyłki! Do tego mają mokro jak zobaczą ulubionego zawodnika. Weźcie sobie wyobraźcie, na meczu piwko i "biegnij stary!" a w domu kapcie - króliczki i wpis do pamiętniczka "Ooch, Johnson, ten z numerem 12 na mnie spojrzał. Kocham cię Johnsey!" - dobra, koleś chyba za bardzo się rozkręcił. Zaczynał coraz bardziej bredzić, ale nie powiem zabawnie mi się słuchało jego głupich tekstów. Ludzie do okola też zaczęli się śmiać, może dlatego że skakał jakby dostał padaczki. Typ skierował się ku niemu z miną typu "zobaczymy czy zaraz będziesz tak kozaczył", ale nasz najarany kolega był szybszy. - najwyraźniej oprócz zioła musiał wziąć jeszcze jakieś speedy. Rzucił się na niego i okładając go pięściami wrzeszczał coś o wymierzaniu sprawiedliwości. Oczywiście ja i brunet w koszuli dołączyliśmy się i sowicie podziękowaliśmy za limo, jakie każdy z nas z pewnością będzie miał pod okiem, po czym wykopaliśmy gostka z lokalu.
Później było już tylko lepiej. Kiedy wyżej wymienione stado kóz przestało w nas wreszcie wlepiać swoje gały, usiedliśmy we trzech do stolika, oblewaliśmy nasz sukces i długo gadaliśmy. Właściwie to głównie ja i Tom (bo tak miał na imię mój nowy znajomy) mówiliśmy. Dwight tym razem złapał coś w rodzaju zawieszenia, znowu stał się nieco zmulony. Patrzył w ścianę i co jakiś czas bredził coś o jednorożcach, czy wielkiej złotej lamie, cokolwiek to było.
- Co go tak załatwiło? - spytał Tom.
- A bo ja wiem? Hej, śpiąca królewno. Otwórz oczęta. - Dość intensywnie nim potrząsnąłem.
- Ccco? Do mnie mówicie?
- No. Chcieliśmy się dowiedzieć co spotkało ciebie i twoich kolesi.
Wtedy opowiedział nam historię swojego pobytu w Seattle. Zaczął od tego, że odkąd pamięta, mieszkał w małej wiosce gdzieś w Kentucky. W liceum wspólnie z kumplami postanowili udać się w podróż życia. Mięli zamiar zwiedzić całe USA wzdłuż i wszerz, zatrzymując się w każdym bardziej znanym mieście i naprawdę dobrze się bawiąc - zero obowiązków, zero ograniczeń. Brzmiało to jak typowa historia z jednej z wszystkim doskonale znanych głupawych komedii, ale tych szaleńców to nie obchodziło. Już w szkole zaczęli odkładać pieniądze, zatrudniając się w rozmaitych pracach na pół etatu i tak oto rok po zakończeniu nauki byli tutaj i imprezowali ile dali radę. To wyjaśniało jego niechlujny wygląd i totalne wyjebongo na wszystko wokół. W sumie myślałem że to wina dragów. Wyznał nam, że wziął jakieś pigułki i nie ma bladego pojęcia co to było.
Ta opowieść chwilę trwała, jako że koleś trochę się zawieszał i musieliśmy mu przypominać gdzie się znajduje, ale wydawało się że ten cały shit powoli przestaje działać, bo mówił już w miarę normalnie. Zgaduję, że jednym z objawów trzeźwienia był również wliczy głód, a może po prostu długo nic nie jadł? Kij wie. W każdym razie nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Czarnowłosy stwierdził, że strasznie mu ssie w żołądku, po czym wyszedł, mówiąc że zaraz wróci. I wrócił. Z ogromną pizzą. Nadal się zastanawiam jakim cholernym cudem udało mu się zjeść samemu sześć kawałków. A właściwie to on ich nie jadł, on je wpieprzał. No ale przynajmniej zostawił nam dwa pozostałe. Kiedy tak sobie jedliśmy i gadaliśmy, zapytałem Toma:
- Ej, a jak długo ty tu mieszkasz? Kiedy wszedłeś, wydało mi się jakbyś był tu nowy.
- Dobrą masz intuicję.
Następnie dane mi było już drugi raz tego dnia wysłuchać porypanej historii - tym razem na temat wszelkiej maści dziwaków, na jakich można się natknąć w moim mieście. Myślałem, że to Hoppus i Delonge są chorzy psychicznie, póki nie usłyszałem o kowbojce z przedwczesnym kryzysem wieku średniego, próbującej zaciągnąć do łóżka jego współlokatora. Naprawdę mocno lałem ze śmiechu.
- Ty to miałeś dzień pełen przygód, stary. - powiedziałem, trochę już zjechany od nadmiaru alkoholu.
- A w dupie mam takie przygody, chcę wreszcie znaleźć swój kawałek podłogi. I to najlepiej zanim do reszty zbankrutujemy.
- W ostateczności możemy wam udostępnić trochę naszej podłogi. Niby dużo jej  nie mamy, ale zawsze ktoś może spać w wannie, nie? - zaśmiałem się. - Chyba że nie chcecie mieszkać z bandą punrockowych wariatów bez zahamowań. Tak w ogóle słyszałeś kiedyś o Blink-182? To my! - dopowiedziałem dumnie.
- To WY jesteście Blink-182? Jaja sobie robisz? Jasne, że o was słyszałem. Mój ziomek pożyczył mi wasz album, ten z dupą byka na okładce. Ogólnie przezajebista muza, ale zahamowań to wy rzeczywiście nie macie - roześmiał się. - Przyznaj się, skąd wzięliście te wszystkie odgłosy orgazmu ze zwierzętami?
- To mój drogi jest dobrze chroniona tajemnica. - puściłem oko.
Wtedy powiedział mi coś mega niespodziewanego. Grał w MxPx, kto by pomyślał! Słyszałem kilka ich piosenek i trzeba przyznać, że to było coś, czego warto posłuchać jeszcze raz. Miałem jedną koleżankę, która nie potrafiła przestać o nich gadać, uwielbiała ich. Jakim cudem miałem tyle wspólnego z randomowym gościem poznanym w klubie?
To była genialna noc, która niestety miała się powoli zamienić w dzień.
- Dobra, trzeba wracać do życia. - powiedziałem.
Po dłuższej chwili ciężkich prób udało nam się przywrócić do życia pewnego nieboszczyka, który słodko drzemał pod stołem z twarzą w pustym pudełku po pizzy. Zaoferowałem mu pomoc przy odnalezieniu przyjaciół, ale ten stwierdził, że pewnie jak zwykle są na dworcu i że jakoś trafi sam. Zachowywał się zadziwiająco normalnie. Zanim się obejrzeliśmy, po jego szopie czarnych włosów nie było śladu. "Porypany facet" - pomyślałem, proponując odprowadzenie do hotelu Tomowi. No wiadomo, pobity, trochę nachlany koleś, który dopiero co przeprowadził się do miasta mógłby mieć problem z dojściem.
Kiedy około pół godziny później wróciłem do moich chłopców, byłem mocno zdziwiony, że jeszcze nie spali. Zastałem ich w pokoju z gitarami w rękach - co to za nocny przypływ weny? Nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Tom grał coś, co zapewne miało być nową piosenką, skrzecząc "... and scary ordinary, explanation information, nice to know ya..." podczas gdy Mark brzdąkał na swoim basie i śpiewał sobie pod nosem ciche "dick, dick, dick, dick" - czyli w skrócie: wszystko było jak zwykle. Ja, zamiast się przyłączyć, po prostu padłem totalnie zużyty na łóżko koło nich i zasnąłem mimo skrzekliwego darcia Delonga.


~*~

Pod poprzednim postem napisałyśmy, że chyba był dłuższy od poprzedniego, a był takiej samej długości. Ale ten naprawdę jest dłuższy i o wiele dłużej się go pisało. W tamtym królowały opisy z perspektywy Toma i Travisa, ale to się akurat nie zmieniło. Spokojnie, inni też będą. Zachęcamy do skomentowania czy to szit, czy mniejszy szit i ogólnie - enjoy. 

wtorek, 12 stycznia 2016

Tom Delonge:


Obudziłem się w niedzielny poranek, a poranek znaczył w tym domu jakąś drugą po południu. Strasznie chciało mi się sikać. Poszedłem do klopa, z nadzieją że nie będzie tam Marka. Potrafił siedzieć w kiblu godzinami jak jakaś baba. Na szczęście nie było zajęte, bo naprawdę okropnie mnie cisnęło. Potem zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle mamy w lodówce coś oprócz słoika musztardy, stojącego tam od około sześciu miesięcy. Nie chcieliśmy go otwierać, bo obawialiśmy się że ta podejrzana zielona narośl ożyje i opanuje mieszkanie.Wszedłem do kuchni i zobaczyłem Travisa z głową na stole.Wyglądał na nieprzytomnego, więc z satysfakcją wrzasnąłem mu do ucha:
- Wstawaj parówo! - yeah, znowu udało mi się go przestraszyć.
- Zamknij mordę. - mruknął
- Coś ty taki nieszczęśliwy? Żadna pani nie skusiła się na twoje pałeczki? A może to tylko mały kacyk?
- Miałem problem z dziewczyną, jasne?! - warknął. Wow, był naprawdę wkurzony.
- Co, kolejna cię rzuciła? Znalazła sobie kogoś lepszego?
- Zawrzyj wreszcie ten głupi ryj! -  mocno rzucona szklanka o kilka centymetrów minęła moją głowę i wylądowała na podłodze pod szafką.
- Pojebało cię?! - Co ten idiota odpierdzielał? Mógł mnie przecież zabić! Wyszedłem stamtąd, zanim zdążył rzucić we mnie czymś cięższym. Nie zamierzałem poddawać się emocjom, tak jak on.

Mark:


Podczas brania prysznica usłyszałem głośne krzyki w kuchni. Serio? Z tymi idiotami nawet się spokojnie umyć nie można? Wytarłem się, ubrałem gacie i ruszyłem w stronę źródła hałasu, słysząc trzask zamykanych drzwi. Wchodząc do kuchni, zobaczyłem czerwonego ze złości Travisa. Rzadko widywałem go w takim stanie. 
- Co ci się stało? - zapytałem.
Idąc w jego stronę nastąpiłem na coś zimnego i bardzo, bardzo ostrego.  Co do cholery robiła rozbita szklanka na ziemi? Zawyłem z bólu i upadłem na podłogę, a on nawet nie raczył mi pomóc. Po prostu sobie wyszedł, jak ostatni dupek. Doczołgałem się do telefonu i podciągnąłem trochę do góry, aby strącić słuchawkę i zadzwonić do swojego kumpla, który miał własny samochód. Dzięki Bogu, że mięliśmy telefon akurat w kuchni. Po kilku sygnałach odebrał.
- Cześć Pete. To ja, Mark. Wiesz, potrzebuję pomocy. Przyjedź do mnie i zawieź mnie do szpitala, zanim tu skonam. Błagam, szybko.
- Co? Co ci jest, stary?
- Rana w nodze. Nie mogę chodzić, boli jak cholera.
- Ale na wylot?
- Weź sobie nie rób jaj i przyjeżdżaj.

Po dziesięciu minutach przyjechał Peter i pomógł mi wejść do samochodu, chociaż właściwie to nie chciał wchodzić do naszej kuchni, gdy zobaczył ten cały burdel. Gdy dotarliśmy do szpitala, zaprowadził mnie pod ramię do krzesła w poczekalni. Powiedział, że nie może ze mną zostać, bo ma umówione spotkanie. Świetnie, zostałem sam z rozwaloną stopą. Po chwili jedna z pielęgniarek, choć już stanowczo zbyt wiekowa na ten zawód posadziła mnie na wózku inwalidzkim i przywiozła do jednego z gabinetów lekarskich. Kazała mi tam poczekać na doktora. Kolejne 10 minut siedzenia na dupsku. Nagle do gabinetu wpadł mega zabiegany, czarnowłosy doktor, potrącając wszystko co znajdowało się na jego drodze. Szybko usiadł za swoim biurkiem i mierząc mnie wzrokiem spytał co się stało, jakby do cholery nie widział mojej nogi całej we krwi. Kulturalnie opowiedziałem, co mi się przydarzyło, na co ten tylko się skrzywił mówiąc że będzie musiał zszyć ranę. Nie sądziłem, że była aż tak głęboka. Musiałem poczekać kolejne kilka minut na zabieg, ale przynajmniej dali mi kule. Pokuśtykałem na jedyne wolne miejsce. Po jego zajęciu rozejrzałem się dookoła. Standard szpitali - krucha starsza pani po prawej, a po lewej... no nie, znowu on. Typek z baru. Co ten gość tutaj właściwie robi? Pomylił sobie szpital z salonem fryzjerskim? On też mnie zauważył. Popatrzył na moją przeciętą stopę, po czym powiedział:
- Hej, to chyba nie jest ten ketchup, który tak bardzo lubisz. - wredny uśmieszek, chyba myślał że jest zabawny.
- A ty tu po co? Pomyślałeś, że homoseksualizm jest chorobą i przyszedłeś się wyleczyć?
- Nie twój interes.
- Dobra, tylko pytam. Ale jak by co, to znam dobrą makijażystkę w mieście, moja siostra do niej chodzi. Może chciałbyś się zapisać, kolego?  - żartów o gejach nigdy dosyć, no nie?
- Dzięki, kochanie ale jestem zajęty. Odbieram siostrę kumpla z oddziału dziecięcego i lecę na próbę. W sumie szkoda, że nie będę mógł usłyszeć twoich dziewczęcych wrzasków przy dezynfekcji rany. -ok, koleś powoli zaczynał mnie wkurzać.
- Próbę? Robisz za sopran w kościelnym chórku? - powiedziałem z przekąsem.
- Dla twojej wiadomości, jestem wokalistą i basistą pop-punkowego zespołu, choć w sumie wątpię, że w ogóle słyszałeś o takim gatunku. Nazywamy się MxPx.
No dobra, to było ostatnią rzeczą, jaką się po nim spodziewałem. Kojarzyłem tę nazwę, ale przecież się nie przyznam, nie? Wyglądałoby to, jakbym śledził losy jakiejś bandy pawianów, które co dopiero dostały do rąk gitary.
- Ty? To ma być jakiś dowcip? To ja jestem najlepszym wokalistą i basistą w tym mieście!
- Doprawdy? Skromność chyba nie jest twoją mocną stroną. Gdzie grasz?
- W Blink-182, ale to nie twoja liga, blondasku. Gramy solidny, nowoczesny skate-punk.
- Przez 'nowoczesny skate-punk' mam rozumieć pop-punk? - zapytał.
- Jezu, ale masz niewyparzoną jadaczkę. To jedno i to samo. - stwierdziłem.
- Po prostu nie chciałeś się przyznać, że grasz ten sam gatunek, co ja. A tak poza tym, słyszałem o Blink-182.
- Co słyszałeś?
- No wiesz, banda debili, wokalista z wodogłowiem i takie tam. - przysięgam, gdybym nie był ranny, coś by się stało z tą jego dziewiczą buźką. Miałem zamiar trochę gościa postraszyć, gdy nagle zawołano mnie z gabinetu. Zabieg rzeczywiście nie był zbyt przyjemny, ale dało się przeżyć. Trochę szkła zostało w stopie. Wyszedłem po dwudziestu minutach z zabandażowaną kończyną, zastanawiając się jak ja do cholery wrócę do domu.

Tom Wisniewski:


Ile można odbierać dziecko ze szpitala? Zaczynałem się już niecierpliwić. Siedzieliśmy z Yurim w naszym nowym miejscu do prób już ponad godzinę, a jego dalej nie było. W sumie dobrze, że Ruley mimo wszystko przyjechał dzisiaj, mimo silnych protestów ze strony najważniejszej kobiety jego życia (chyba każdy się domyśla, o kogo chodzi).  Perkusja co prawda zmieściła się pod autobusem, ale reszta jego rzeczy została w Bremerton, więc następnego dnia musiał ponownie wyjechać. Siedział teraz na tyłach zagraconego pomieszczenia, wyjmując z nudów różne rzeczy ze starych pudeł i okazjonalnie rzucając nimi we mnie. Leżałem na podłodze i pogrywałem sobie spokojnie na gitarze jeden ze starszych kawałków Descendentsów, kiedy to dostałem prosto w twarz przedpotopowym damskim płaszczem. 
- Masz, będziesz w tym wyglądał sexy. - roześmiał się.
- Serio, wydaje się, że to coś bardziej w twoim stylu. - odpowiedziałem.
- Oj, przestań. Nie mam takiego wcięcia w talii jak ty, chudzielcu. - tu oberwał płaszczem w łeb.
-  Hej, jak myślisz, kiedy będzie Mike?
- Znając jego, wystawił nas dla jakiejś panny, a teraz klęczy na jednym kolanie, recytując miłosny poemat własnego autorstwa i patrzy jej głęboko w oczy.
- Albo poszedł na kebaba.
- No, to w sumie dość możliwe. .
Wtedy do pokoju wpadł Mike.
- No nareszcie. Co tak długo? - spytał Yuri.
- A nic, wiesz. Zagadałem się trochę z Jay Jay'em.
- Że najpierw były ploty, potem popołudniowa herbatka i mały kurs szydełkowania? - jak ja lubiłem z niego żartować.
- Dobra, ruszać dupska i gramy! - zarządził nasz tleniony przyjaciel.
Szło nam naprawdę nieźle. Mike napisał trzy nowe piosenki razem z tekstami. Wyćwiczyliśmy je do perfekcji w niecałe dwie godziny. Najbardziej podobała mi się ta jedna o nazwie "I'm Ok, You're Ok". Czuło się, że będzie z tego niezły hicior. Pomyślałem, że jeśli dalej będzie pisał piosenki w takim tempie, za miesiąc czy dwa będziemy mieli gotowy kolejny album. Miał gość talent.


Gdy skończyliśmy ćwiczyć, Ruley powiedział:
- Hej, myślicie że jak nie znajdziemy mieszkania, to będziemy spać tu na podłodze, razem ze szczurkami?
- Nie przesadzaj, Yuri. Trzeba wierzyć w cuda. - stwierdził Mike.
- Jestem głodny. Idziemy na hot-dogi? - spytałem.
- Chodźmy na hot-dogi! - odkrzyknęli zgodnym chórkiem.
Herrera wziął sobie parówkę z podwójnym chili. Już zawsze będę się zastanawiał jakim cudem on to zjadł. Ja ziałem ogniem z gęby po jednej porcji. Ten człowiek ma wielbłądzi żołądek.

Travis:


Nieco obawiałem się wracać do domu, po tym jak prawie zrobiłem krzywdę Tomowi i zostawiłem samego zranionego Marka, ale siedziałem w tym miejscu już od dobrych paru godzin. Po opuszczeniu mieszkania byłem na skraju wytrzymałości psychicznej. Wiedziałem, że jak stamtąd nie wyjdę, przywalę Bogu ducha winnemu Markowi. Może z godzinę wałęsałem się po ulicach. Nie zwracałem uwagi na przechodniów, ani na samochody. Chciałem po prostu odejść jak najdalej. Od ludzi, od problemów. Zaszyłem się w ruinach starej kamienicy, gdzie nikt mnie nie widział i nie słyszał, po czym zacząłem rozmyślać. Myślałem o tym, co działo się w moim życiu przez ostatnie dwa dni. Byłem w tym momencie wrakiem, a moja sytuacja totalną porażką. Po długich rozważaniach, stwierdziłem, że jedynym sposobem, aby uwolnić się od przeszłości, jest życie teraźniejszością. Musiałem się pogodzić z chłopakami, teraz. Nie wiem, ile czasu spędziłem w tej ruderze, ale zaczynało już zmierzchać. Wyszedłem z niej i skierowałem się w stronę domu. Uchyliłem drzwi do salonu. Na kanapie siedział Tom, więc usiadłem obok niego. Spojrzał na mnie, ja na niego i zapadła krępująca cisza. Przygniatała mnie ta ciężka atmosfera. Na szczęście, do pokoju przykuśtykał Mark z zabandażowana stopą i usiadł obok nas. Postanowiłem się wreszcie odezwać.
- Hej, Mark. Sorry za tą nogę. To ja rozbiłem szklankę w kuchni. I, nooo... czuję się głupio, że cię tak samego zostawiłem. - Wow, udało mi się to w końcu wykrztusić.
- Nie ma sprawy.  Tom powiedział mi, co się stało. Musiałeś się strasznie wkurwić. 
Wtedy wtrącił się Delonge:
- Ta. Wiesz, stary? Ja chyba też trochę przesadziłem. Chciałem po prostu być zabawny, a wyszło na to, że zostałem chujem roku. Wybaczysz nam, nie?
Czekajcie, bo czegoś tu nie kapuję. To ONI mnie przepraszali? Po tym wszystkim? Jak to możliwe?
- Ludzie, muszę ogłosić ważny komunikat! - krzyknąłem - Mam najbardziej chorych, powalonych i zdecydowanie najzajebistszych przyjaciół na świecie!
- To co? Braterski hug? - zapytał Tom
- Same się przytulajcie, pedzie. - prychnął Hoppus. Jeny, jak ja kocham tego gościa.
Thomas zamiast się przytulać pobiegł do kuchni, otworzył szafkę, po czym rzucił na kanapę sporych rozmiarów torbę. Było tam wszystko: piwo, jakieś tanie wina, wóda, a nawet paczka chipsów i kaseta z wypożyczalni filmów. 
- Porno? - spytał Mark.
- Tym razem stara komedia. Po tym, co kiedyś przyniosłeś do domu już nigdy nie wypożyczę pornosa. - powiedział ze śmiechem Tom.
- Czego się czepiasz? Na okładce była kobieta, a tu włączam i co? Festiwal fujar!
- Ej, to odpalamy w końcu ten film, czy będziecie tylko gadać?
Po moich słowach po prostu rozsiedliśmy się wygodnie i zaczęliśmy nasz pijany seans. Ot tak, romantyczny wieczorek w stylu Blink-182. To była świetna noc. I nawet film tak bardzo nie ssał.


~*~

Ten post chyba też tak bardzo nie ssał. Przynajmniej był dłuższy od poprzedniego. Zmieniłyśmy trochę taktykę i zaczęłyśmy pisać przez skype. Jak ktoś ma jakieś uwagi co do treści, mile widziane komentarze, chociaż jak na razie i tak czytają to tylko nasi znajomi ;)

sobota, 9 stycznia 2016

Seattle, Waszyngton 1998

Mark:


Eeech, mój brzuch znów daje o sobie znać. Czasem się zastanawiam, czy nie mam jakiegoś pieprzonego tasiemca w środku.
- Tooom, kupiłeś coś do żarcia?
- Sam sobie kup, cwelu. - odpowiedział, bazgrając po swojej gitarze
- Jeny, zawsze musisz być taki wredny? Idę coś kupić, ale zrób listę potrzebnych rzeczy.
- To co dziś jemy? Jajecznicę, czy spaghetti ze słoika? I gdzie w ogóle jest Travis?
- Poszedł do jakiegoś klubu. Myśli że wyrwie jakąś laskę na te swoje pałeczki.
- To co idziemy do baru, nie? Nie mam ochoty kolejny dzień jeść te zbełtane jajka.
- Dobra, to kończ to swoje arcydzieło i wychodzimy.
- Ok, tylko ubiorę spodnie.

Dwadzieścia minut później, kiedy Tom w końcu zwlekł tą swoją leniwą dupę z kanapy i łaskawie ubrał spodnie, poszliśmy do najbliższego baru mlecznego w okolicy. Jedyne wolne miejsce było przy oknie, więc usiedliśmy i zamówiliśmy jakieś meksykańskie żarcie (sami się zdziwiliśmy, że tam było, chyba trzeba tam wpadać częściej). Dostaliśmy swoje, jakże wykwintne dania i rozpoczęliśmy proces pochłaniania, gdy nagle ten idiota beknąl tak głośno, że słychać było poza barem. Teraz wszyscy się na nas gapili, a szczególnie ten tleniony blondyn przy stoliku obok. No, właściwie jaki tam z niego blondyn. Czarne odrosty na połowie włosów, kogo on chciał oszukać?
- No i na co się gapisz?! Kolega sobie beknąć nie może?! - ups, chyba powiedziałem to trochę za głośno, teraz jeszcze bardziej się na nas gapią.
- Kto, ja? My tylko spokojnie jemy frytki, to wy bekacie! Nic nie robimy, prawda Tom? - odpowiedział. Okropnie wkurzał mnie jego ton.
- Lepiej wracaj do swoich frytek blondasie, a Tom jest tylko jeden. I właśnie beknął!
- Co z wami nie tak? Wracajcie do zoo, może już wyczyścili waszą klatkę.
- Niezły tekst, przedszkolanka nauczyła? - czy on serio myślał, że może ze mną wygrać czymś takim?
- Słuchaj, nie chce mi się z tobą kłócić, następnym razem możesz przynajmniej udawać że znasz zasady savoir vivre i się po prostu zamknąć.
- Oooo, grzeczny chłopczyk ma dość? - zapytałem pieszczotliwym tonem
- Gówno o mnie wiesz! - haha, prowokacja zawsze działa. Z takimi to jak z bachorami.
- Dobra, daj spokój, Mike - powiedział drugi, którego ten fagas nazwał Tomem.
Gość jeszcze chwilę chciał się odszczekiwać, ale tamten go uspokoił. 
- Pedały - powiedziałem pod nosem do Toma, który całą naszą burzliwą rozmowę przesiedział, kończąc moją porcję. Co jeszcze mnie dzisiaj wkurzy? Musiałem zamówić frytki, bo ten debil wszystko mi zeżarł. Długo czekałem na swoje zamówienie, ale przynajmniej kelnerkę mają ładną. Chwila, a gdzie jest ketchup? Podszedłem do stolika jakiejś słodkiej parki, miziającej się co 10 sekund i zapytałem grzecznie, czy mógłbym pożyczyć ketchup. Gość powiedział, że niestety wyczerpał ostatnią porcję i nie wie, czy jeszcze coś z niego wycisnę. Rozejrzałem się po sali i nie zgadniecie przy czyim stoliku była jedyna butelka ketchupu. Tak, dobrze zgadliście. Podszedłem do tych dwóch głupków i ze sztucznym uśmiechem na twarzy spytałem:
- Czy mógłbym PROSZĘ pożyczyć wasz ketchup? - naprawdę nie wierzę, że coś takiego powiedziałem
- O, patrzcie kto przyszedł. Nasz dobry kumpel. - powiedział blondyn, uśmiechając się złośliwie.
- Dasz mi wreszcie ten ketchup, czy chcesz porozmawiać inaczej?! - ostatnio często puszczały mi nerwy, ale co miałem poradzić, naprawdę wnerwiał mnie ten idiota. Poza tym mieszkając z Tomem, trudno zachować spokój.
- No to zobaczymy, może tylko w słowach jesteś taki twardy.
- Dajcie już spokój, zachowujecie się jak małe dzieci. - wtrącił się ten jego brązowowłosy koleżka.
- On ma rację - Tom wychynął na chwilę znad góry mojego żarcia.
Później nie wytrzymałem i wyrwałem im butelkę, użyłem ketchupu, szybko zjadłem i pociągnąłem Toma, który jeszcze próbował kończyć moje resztki do wyjścia.
- Co ty w ogóle byłeś taki głodny?
- Potrzebuje jedzenia do życia, nie wiem jak ty.
Wróciliśmy w końcu do domu i poszedłem pod prysznic. W odróżnieniu od Toma, czasem go biorę. I gdzie ten Travis? Kilka godzin później śmierdząca alkoholem bomba obudziła mnie, kładąc się w moim łóżku. Strąciłem go w cholerę i wróciłem do spania.

Mike:

Kilka minut potem, gdy dwie niekulturalne ciotki wywlekły się z lokalu:
- Ej, Tom, co było nie tak z tym gościem? Co on mógł brać, że taki nerwowy?
- Jeszcze o nim myślisz? Zakochałeś się? Lepiej jedz frytki, bo już ci całkiem wystygły - powiedział, prawie leżąc na swoim krześle i bawiąc się plastikowymi widelcami. Popatrzyłem na swoje frytki i na przyjaciela próbującego zmontować wieżę Eiffla z plastikowych sztućców. 
- Dobra, wychodzimy. Nie chcę mi się jeść.
- Tak jest kapitanie! - zasalutował i zerwał się z siedzenia. Trzzt. Coś w jego krześle trzasnęło, po tym jak zerwał z niego swoje chude dupsko.
Rozśmieszył mnie tym faktem, skończyło się na tym, że całą drogę do hotelu popychaliśmy się, wymieniając uszczypliwe uwagi na temat jego wagi.
Mieszkaliśmy w hotelu, bo nie znaleźliśmy jeszcze dobrego lokum. To był nasz trzeci dzień w Seattle, po przeprowadzce z naszego rodzinnego miasteczka - Bremerton. Seattle było zdecydowanie większe od naszego zadupia i na początku nie bardzo wiedzieliśmy co robić. Ale w końcu jesteśmy już dorośli i najwyższy czas był wylecieć spod skrzydeł rodziców. Posiadaliśmy trochę kasy na hotel, ponieważ ostatni album naszego zespołu "Life In General" nadal sprzedawał się jak ciepłe bułeczki, ale nie mogło nam starczyć na długo, nie przy takich cenach pokoi. Zwłaszcza, że większość przetrwoniliśmy na życie w trasie, co na razie nam się za dobrze nie zwracało. No ale czego się nie robi dla fanów, nie? Mięliśmy zamiar znaleźć jakieś tanie mieszkanie i zamieszkać  we trzech z moimi bandmatami - Tomem i Yurim, a następnie porozglądać się za jakąś pracą dorywczą. Yuri jeszcze do nas nie dojechał. Miał małe problemy z zapakowaniem perkusji tak, aby można było ją wcisnąć w małą przestrzeń pod autobusem. Poza tym musiał się pożegnać z mamą. Lubię go tak bardzo, że trudno sobie to wyobrazić, ale czasem z niego cholerny maminsynek. W każdym razie, dalej nie znaleźliśmy chaty na naszą kieszeń. To serio nie jest takie łatwe. Mieszkania w dużych miastach kosztują co najmniej tyle, co pałace w Burgundii.

Yuri:


W Sobotni wieczór, zadzwoniłem do hotelu, w którym zatrzymali się Mike i Tom. Szansa, że którykolwiek z nich odbierze była mała, ale mimo wszystko postanowiłem spróbować. Zdziwiłem się, kiedy jednak usłyszałem coś oprócz ciszy w słuchawce, tyle że nie mogłem dokładnie określić co to takiego. Dziwny dźwięk, coś jakby szybkie szuranie miotłą po podłodze. Ale to z kolei nie miało sensu, tak na poważnie, który członek MxPx (oprócz mnie oczywiście) wziąłby się dobrowolnie za sprzątanie?
- Halo, mogę wiedzieć kto mówi?
Usłyszałem tylko dalsze szuranie i stłumiony głos, nucący "Should I Stay or Should I Go?" - i wszystko jasne, myjący zęby Tom. Jeśli gdziekolwiek usłyszysz słowa tej piosenki, to już wiesz, kto czeka za rogiem
- Hej, jak tam nowe lepsze, życie? - zapytałem wesoło, na co ten splunął i odpowiedział:
- Totalnie do dupy. Trzeba by sprzedać własną matkę, żeby wynająć tu mieszkanko wielkości schowka na miotły.
- Weź znowu tak nie dramatyzuj, zawsze przesadzasz, poza tym mojej mamy nie oddam nawet za złotą płytę!
- A za platynową?
- Hmmm... platynowa, powiadasz? Jasne, że nie! Nie jestem tobą.
- No pomyśl tylko, te wszystkie laski uganiające się za tobą i krzyczące "o mój Boże! Czy to ptak? czy to samolot? Nie, to pieprzony Yuri Ruley, podpisz mi się na ryju!" - zawsze rozwalało mnie jego parodiowanie kobiet, wyglądało na to, że rola obłąkanej fanki mu pasuje.
- Dobra, koniec żartów. Będę w środę rano, nie jutro. Wiesz, mama uparła się, żeby zrobić mi zapasy jedzenia na kolejny rok. - powiedziałem.
- Tylko tam nie zgłupiej od nadmiaru ciepłych zupek. - odparł. Czy ten koleś w ogóle potrafi mówić poważnie?
- No postaram się, a co tam z Mikiem?
- Jest jeszcze trochę wkurzony po tym, jak prawie wdał się w bitkę z jakimś typkiem w barze mlecznym.
- Myślisz że coś ten tego? - uśmiechnąłem się do słuchawki
- Taa, definitywnie wpadli sobie w oko. - stwierdził.
- Okej, to nie mam pytań. Oj, muszę kończyć. Mama woła. - rozłączyłem się.
- Tak, mamo. Jadłem już zupę. Tak, naprawdę.

Travis:


Dopalając swojego papierosa, kierowałem się w stronę parku, gdzie miałam się spotkać z moją Nancy. Chodziliśmy ze sobą od dwóch miesięcy i dalej nie mogłem przestać o niej myśleć; uwielbiałem te jej wielkie brązowe oczy i długie kasztanowe włosy. Zawsze ubierała się na czarno, ale w sumie mnie to kręciło. Lubiłem takie klimaty. I wtedy ją zobaczyłem, siedziała na ławce pośród drzew i wyglądała naprawdę super. Podszedłem do niej i powiedziałem:
- Wyglądasz pięknie - po czym dałem jej lekkiego buziaka w policzek.
Poczułem jednak, że coś nie gra, zachowywała się trochę nieswojo, była jakby zmieszana. Uchyliła się nieco po pocałunku, więc zapytałem:
- Hej, coś ci jest? Źle się czujesz?
- Nie wszystko w porządku... kochanie. - odpowiedziała, ale zabrzmiało to trochę, jakby nie chciała wypowiedzieć tego ostatniego słowa.
- No to chodźmy się przejść. - Złapałem ją za rękę i ruszyliśmy ku niedużemu jeziorku na skraju parku. Po kilku minutach spaceru usiedliśmy na trawię i patrzyliśmy na nieruchomą taflę wody.
- Ładnie tu - powiedziałem i delikatnie się do niej uśmiechnąłem
- Słuchaj, Travis. Muszę ci coś powiedzieć.
- Co się stało? - po jej tonie nie spodziewałem się usłyszeć niczego dobrego.
- No bo... myślę, że dalsze spotykanie się nie ma sensu. Wiesz, to nie tak, że cię nie lubię, bo lubię cię bardzo. Naprawdę. Ale, wiesz wydawało mi się, że jesteśmy do siebie podobni, ale po czasie zaczynam zauważać wiele rzeczy, w których się różnimy. Poza tym poznałam kogoś nowego. Nazywa się Tyson. Dobrze się dogadujemy i sam rozumiesz... Nie chcę cię ranić, ani nic, ale... - tu zabrakło jej słów. Wgapiałem się w nią krótką chwilę, zanim do mnie dotarło do mnie, co powiedziała.
- Co kurwa?! Jaki Tyson? Jak go znajdę, to mu jaja urwę! - dobra, teraz to byłem naprawdę wkurwiony, jak mogła mi to zrobić? Kochałem ją, troszczyłem się o nią, a ta nic!
W tym momencie zauważyłem, że przeszkliły jej się oczy, cudownie, jeszcze tego brakowało! Może chciała we mnie wzbudzić poczucie winy? Już sam nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć.
- Wiedziałam, że nie zrozumiesz. Jak zwykle, zachowujesz się jak dziecko. Widocznie nie dorosłeś do normalnego związku. - Ja nie dorosłem? Dobre sobie, to ona po dwóch miesiącach puszcza się z byle kim.
- Skoro było ci tak ze mną źle, to idź się pieprzyć z tym całym Tysonem! - warknąłem, na co ona odpowiedziała mi siarczystym plaskaczem.
- A wiesz co? Pierdolę ciebie, tego chuja i całe to gówno! - po czym wstałem i ruszyłem do ulubionego klubu, musiałem odreagować, nie chciałem wracać do domu w takim stanie. Nie chciałem już nic pamiętać. Nie pamiętam jak się tam dostałem, ale pamiętam, że wpadłem do środka jak proca. Ani się obejrzałem, a fala upojenia zalała mój umysł, niczym syrop na kaszel, oczyszczając go z toksyn. I przy okazji z reszty szarych komórek.
Gdy tak siedziałem przy stoliku, schlany w trzy dupy, zawołałem kelnerkę, żeby przyniosła mi więcej procentów i na odchodnym klepnąłem ją w tyłek. "A co mi tam, nie mam nic do stracenia. Gdzie tu jest kibel?"
- Co ty sobie wyobrażasz? - krzyknęła
- Co tak ostro, mała? - powiedziałem równo spojonym głosem - Bo wiesz, jestem sławnym muzykiem i chciałbym cię lepiej poznać.
- Naprawdę? - powiedziała z powątpiewaniem - a co ty niby mógłbyś grać?
- Jestem perkusistą najzajebistszego zespołu świata. Nazywamy się Blink- 182 i ostatnio daliśmy niezłego czadu w MTV. Żebyś wiedziała, jak głośno ludzie klaskali..
- Klaskali, bo to telewizja, idioto! Zapłacili im za to. - stwierdziła i odeszła.
"Głupia, zarozumiała baba. I wcale nie jest taka ładna... No gdzie ten klop?". Wiele więcej w sumie nie pamiętam, w pewnym momencie po prostu urwał mi się film.

Obudziłem się po południu na podłodze naszego jakże cudownego mieszkania z gigantycznym kacem - mordercą. Powoli podniosłem głowę, zastawiając się jak ja się tu w ogóle przywlokłem, bo na pewno nie na dwóch nogach.
- Boże, co tak śmierdzi? - zapytałem samego siebie - Aaaa, to pewnie ja.

~*~

Cześć, jesteśmy Basia i Sara. Przeszukałyśmy internet wzdłuż i wszerz i okazało się, że nie ma żadnego opowiadania po polsku o naszych ulubionych zespołach. Stwierdziłyśmy więc, że czas to zmienić, tworząc pierwsze fanfiction o Blink - 182 i MxPx. Także miłego czytania i zapraszamy do wyrażenia swojej opinii o rozdziale w sekcji komentarzy.