wtorek, 12 stycznia 2016

Tom Delonge:


Obudziłem się w niedzielny poranek, a poranek znaczył w tym domu jakąś drugą po południu. Strasznie chciało mi się sikać. Poszedłem do klopa, z nadzieją że nie będzie tam Marka. Potrafił siedzieć w kiblu godzinami jak jakaś baba. Na szczęście nie było zajęte, bo naprawdę okropnie mnie cisnęło. Potem zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle mamy w lodówce coś oprócz słoika musztardy, stojącego tam od około sześciu miesięcy. Nie chcieliśmy go otwierać, bo obawialiśmy się że ta podejrzana zielona narośl ożyje i opanuje mieszkanie.Wszedłem do kuchni i zobaczyłem Travisa z głową na stole.Wyglądał na nieprzytomnego, więc z satysfakcją wrzasnąłem mu do ucha:
- Wstawaj parówo! - yeah, znowu udało mi się go przestraszyć.
- Zamknij mordę. - mruknął
- Coś ty taki nieszczęśliwy? Żadna pani nie skusiła się na twoje pałeczki? A może to tylko mały kacyk?
- Miałem problem z dziewczyną, jasne?! - warknął. Wow, był naprawdę wkurzony.
- Co, kolejna cię rzuciła? Znalazła sobie kogoś lepszego?
- Zawrzyj wreszcie ten głupi ryj! -  mocno rzucona szklanka o kilka centymetrów minęła moją głowę i wylądowała na podłodze pod szafką.
- Pojebało cię?! - Co ten idiota odpierdzielał? Mógł mnie przecież zabić! Wyszedłem stamtąd, zanim zdążył rzucić we mnie czymś cięższym. Nie zamierzałem poddawać się emocjom, tak jak on.

Mark:


Podczas brania prysznica usłyszałem głośne krzyki w kuchni. Serio? Z tymi idiotami nawet się spokojnie umyć nie można? Wytarłem się, ubrałem gacie i ruszyłem w stronę źródła hałasu, słysząc trzask zamykanych drzwi. Wchodząc do kuchni, zobaczyłem czerwonego ze złości Travisa. Rzadko widywałem go w takim stanie. 
- Co ci się stało? - zapytałem.
Idąc w jego stronę nastąpiłem na coś zimnego i bardzo, bardzo ostrego.  Co do cholery robiła rozbita szklanka na ziemi? Zawyłem z bólu i upadłem na podłogę, a on nawet nie raczył mi pomóc. Po prostu sobie wyszedł, jak ostatni dupek. Doczołgałem się do telefonu i podciągnąłem trochę do góry, aby strącić słuchawkę i zadzwonić do swojego kumpla, który miał własny samochód. Dzięki Bogu, że mięliśmy telefon akurat w kuchni. Po kilku sygnałach odebrał.
- Cześć Pete. To ja, Mark. Wiesz, potrzebuję pomocy. Przyjedź do mnie i zawieź mnie do szpitala, zanim tu skonam. Błagam, szybko.
- Co? Co ci jest, stary?
- Rana w nodze. Nie mogę chodzić, boli jak cholera.
- Ale na wylot?
- Weź sobie nie rób jaj i przyjeżdżaj.

Po dziesięciu minutach przyjechał Peter i pomógł mi wejść do samochodu, chociaż właściwie to nie chciał wchodzić do naszej kuchni, gdy zobaczył ten cały burdel. Gdy dotarliśmy do szpitala, zaprowadził mnie pod ramię do krzesła w poczekalni. Powiedział, że nie może ze mną zostać, bo ma umówione spotkanie. Świetnie, zostałem sam z rozwaloną stopą. Po chwili jedna z pielęgniarek, choć już stanowczo zbyt wiekowa na ten zawód posadziła mnie na wózku inwalidzkim i przywiozła do jednego z gabinetów lekarskich. Kazała mi tam poczekać na doktora. Kolejne 10 minut siedzenia na dupsku. Nagle do gabinetu wpadł mega zabiegany, czarnowłosy doktor, potrącając wszystko co znajdowało się na jego drodze. Szybko usiadł za swoim biurkiem i mierząc mnie wzrokiem spytał co się stało, jakby do cholery nie widział mojej nogi całej we krwi. Kulturalnie opowiedziałem, co mi się przydarzyło, na co ten tylko się skrzywił mówiąc że będzie musiał zszyć ranę. Nie sądziłem, że była aż tak głęboka. Musiałem poczekać kolejne kilka minut na zabieg, ale przynajmniej dali mi kule. Pokuśtykałem na jedyne wolne miejsce. Po jego zajęciu rozejrzałem się dookoła. Standard szpitali - krucha starsza pani po prawej, a po lewej... no nie, znowu on. Typek z baru. Co ten gość tutaj właściwie robi? Pomylił sobie szpital z salonem fryzjerskim? On też mnie zauważył. Popatrzył na moją przeciętą stopę, po czym powiedział:
- Hej, to chyba nie jest ten ketchup, który tak bardzo lubisz. - wredny uśmieszek, chyba myślał że jest zabawny.
- A ty tu po co? Pomyślałeś, że homoseksualizm jest chorobą i przyszedłeś się wyleczyć?
- Nie twój interes.
- Dobra, tylko pytam. Ale jak by co, to znam dobrą makijażystkę w mieście, moja siostra do niej chodzi. Może chciałbyś się zapisać, kolego?  - żartów o gejach nigdy dosyć, no nie?
- Dzięki, kochanie ale jestem zajęty. Odbieram siostrę kumpla z oddziału dziecięcego i lecę na próbę. W sumie szkoda, że nie będę mógł usłyszeć twoich dziewczęcych wrzasków przy dezynfekcji rany. -ok, koleś powoli zaczynał mnie wkurzać.
- Próbę? Robisz za sopran w kościelnym chórku? - powiedziałem z przekąsem.
- Dla twojej wiadomości, jestem wokalistą i basistą pop-punkowego zespołu, choć w sumie wątpię, że w ogóle słyszałeś o takim gatunku. Nazywamy się MxPx.
No dobra, to było ostatnią rzeczą, jaką się po nim spodziewałem. Kojarzyłem tę nazwę, ale przecież się nie przyznam, nie? Wyglądałoby to, jakbym śledził losy jakiejś bandy pawianów, które co dopiero dostały do rąk gitary.
- Ty? To ma być jakiś dowcip? To ja jestem najlepszym wokalistą i basistą w tym mieście!
- Doprawdy? Skromność chyba nie jest twoją mocną stroną. Gdzie grasz?
- W Blink-182, ale to nie twoja liga, blondasku. Gramy solidny, nowoczesny skate-punk.
- Przez 'nowoczesny skate-punk' mam rozumieć pop-punk? - zapytał.
- Jezu, ale masz niewyparzoną jadaczkę. To jedno i to samo. - stwierdziłem.
- Po prostu nie chciałeś się przyznać, że grasz ten sam gatunek, co ja. A tak poza tym, słyszałem o Blink-182.
- Co słyszałeś?
- No wiesz, banda debili, wokalista z wodogłowiem i takie tam. - przysięgam, gdybym nie był ranny, coś by się stało z tą jego dziewiczą buźką. Miałem zamiar trochę gościa postraszyć, gdy nagle zawołano mnie z gabinetu. Zabieg rzeczywiście nie był zbyt przyjemny, ale dało się przeżyć. Trochę szkła zostało w stopie. Wyszedłem po dwudziestu minutach z zabandażowaną kończyną, zastanawiając się jak ja do cholery wrócę do domu.

Tom Wisniewski:


Ile można odbierać dziecko ze szpitala? Zaczynałem się już niecierpliwić. Siedzieliśmy z Yurim w naszym nowym miejscu do prób już ponad godzinę, a jego dalej nie było. W sumie dobrze, że Ruley mimo wszystko przyjechał dzisiaj, mimo silnych protestów ze strony najważniejszej kobiety jego życia (chyba każdy się domyśla, o kogo chodzi).  Perkusja co prawda zmieściła się pod autobusem, ale reszta jego rzeczy została w Bremerton, więc następnego dnia musiał ponownie wyjechać. Siedział teraz na tyłach zagraconego pomieszczenia, wyjmując z nudów różne rzeczy ze starych pudeł i okazjonalnie rzucając nimi we mnie. Leżałem na podłodze i pogrywałem sobie spokojnie na gitarze jeden ze starszych kawałków Descendentsów, kiedy to dostałem prosto w twarz przedpotopowym damskim płaszczem. 
- Masz, będziesz w tym wyglądał sexy. - roześmiał się.
- Serio, wydaje się, że to coś bardziej w twoim stylu. - odpowiedziałem.
- Oj, przestań. Nie mam takiego wcięcia w talii jak ty, chudzielcu. - tu oberwał płaszczem w łeb.
-  Hej, jak myślisz, kiedy będzie Mike?
- Znając jego, wystawił nas dla jakiejś panny, a teraz klęczy na jednym kolanie, recytując miłosny poemat własnego autorstwa i patrzy jej głęboko w oczy.
- Albo poszedł na kebaba.
- No, to w sumie dość możliwe. .
Wtedy do pokoju wpadł Mike.
- No nareszcie. Co tak długo? - spytał Yuri.
- A nic, wiesz. Zagadałem się trochę z Jay Jay'em.
- Że najpierw były ploty, potem popołudniowa herbatka i mały kurs szydełkowania? - jak ja lubiłem z niego żartować.
- Dobra, ruszać dupska i gramy! - zarządził nasz tleniony przyjaciel.
Szło nam naprawdę nieźle. Mike napisał trzy nowe piosenki razem z tekstami. Wyćwiczyliśmy je do perfekcji w niecałe dwie godziny. Najbardziej podobała mi się ta jedna o nazwie "I'm Ok, You're Ok". Czuło się, że będzie z tego niezły hicior. Pomyślałem, że jeśli dalej będzie pisał piosenki w takim tempie, za miesiąc czy dwa będziemy mieli gotowy kolejny album. Miał gość talent.


Gdy skończyliśmy ćwiczyć, Ruley powiedział:
- Hej, myślicie że jak nie znajdziemy mieszkania, to będziemy spać tu na podłodze, razem ze szczurkami?
- Nie przesadzaj, Yuri. Trzeba wierzyć w cuda. - stwierdził Mike.
- Jestem głodny. Idziemy na hot-dogi? - spytałem.
- Chodźmy na hot-dogi! - odkrzyknęli zgodnym chórkiem.
Herrera wziął sobie parówkę z podwójnym chili. Już zawsze będę się zastanawiał jakim cudem on to zjadł. Ja ziałem ogniem z gęby po jednej porcji. Ten człowiek ma wielbłądzi żołądek.

Travis:


Nieco obawiałem się wracać do domu, po tym jak prawie zrobiłem krzywdę Tomowi i zostawiłem samego zranionego Marka, ale siedziałem w tym miejscu już od dobrych paru godzin. Po opuszczeniu mieszkania byłem na skraju wytrzymałości psychicznej. Wiedziałem, że jak stamtąd nie wyjdę, przywalę Bogu ducha winnemu Markowi. Może z godzinę wałęsałem się po ulicach. Nie zwracałem uwagi na przechodniów, ani na samochody. Chciałem po prostu odejść jak najdalej. Od ludzi, od problemów. Zaszyłem się w ruinach starej kamienicy, gdzie nikt mnie nie widział i nie słyszał, po czym zacząłem rozmyślać. Myślałem o tym, co działo się w moim życiu przez ostatnie dwa dni. Byłem w tym momencie wrakiem, a moja sytuacja totalną porażką. Po długich rozważaniach, stwierdziłem, że jedynym sposobem, aby uwolnić się od przeszłości, jest życie teraźniejszością. Musiałem się pogodzić z chłopakami, teraz. Nie wiem, ile czasu spędziłem w tej ruderze, ale zaczynało już zmierzchać. Wyszedłem z niej i skierowałem się w stronę domu. Uchyliłem drzwi do salonu. Na kanapie siedział Tom, więc usiadłem obok niego. Spojrzał na mnie, ja na niego i zapadła krępująca cisza. Przygniatała mnie ta ciężka atmosfera. Na szczęście, do pokoju przykuśtykał Mark z zabandażowana stopą i usiadł obok nas. Postanowiłem się wreszcie odezwać.
- Hej, Mark. Sorry za tą nogę. To ja rozbiłem szklankę w kuchni. I, nooo... czuję się głupio, że cię tak samego zostawiłem. - Wow, udało mi się to w końcu wykrztusić.
- Nie ma sprawy.  Tom powiedział mi, co się stało. Musiałeś się strasznie wkurwić. 
Wtedy wtrącił się Delonge:
- Ta. Wiesz, stary? Ja chyba też trochę przesadziłem. Chciałem po prostu być zabawny, a wyszło na to, że zostałem chujem roku. Wybaczysz nam, nie?
Czekajcie, bo czegoś tu nie kapuję. To ONI mnie przepraszali? Po tym wszystkim? Jak to możliwe?
- Ludzie, muszę ogłosić ważny komunikat! - krzyknąłem - Mam najbardziej chorych, powalonych i zdecydowanie najzajebistszych przyjaciół na świecie!
- To co? Braterski hug? - zapytał Tom
- Same się przytulajcie, pedzie. - prychnął Hoppus. Jeny, jak ja kocham tego gościa.
Thomas zamiast się przytulać pobiegł do kuchni, otworzył szafkę, po czym rzucił na kanapę sporych rozmiarów torbę. Było tam wszystko: piwo, jakieś tanie wina, wóda, a nawet paczka chipsów i kaseta z wypożyczalni filmów. 
- Porno? - spytał Mark.
- Tym razem stara komedia. Po tym, co kiedyś przyniosłeś do domu już nigdy nie wypożyczę pornosa. - powiedział ze śmiechem Tom.
- Czego się czepiasz? Na okładce była kobieta, a tu włączam i co? Festiwal fujar!
- Ej, to odpalamy w końcu ten film, czy będziecie tylko gadać?
Po moich słowach po prostu rozsiedliśmy się wygodnie i zaczęliśmy nasz pijany seans. Ot tak, romantyczny wieczorek w stylu Blink-182. To była świetna noc. I nawet film tak bardzo nie ssał.


~*~

Ten post chyba też tak bardzo nie ssał. Przynajmniej był dłuższy od poprzedniego. Zmieniłyśmy trochę taktykę i zaczęłyśmy pisać przez skype. Jak ktoś ma jakieś uwagi co do treści, mile widziane komentarze, chociaż jak na razie i tak czytają to tylko nasi znajomi ;)

sobota, 9 stycznia 2016

Seattle, Waszyngton 1998

Mark:


Eeech, mój brzuch znów daje o sobie znać. Czasem się zastanawiam, czy nie mam jakiegoś pieprzonego tasiemca w środku.
- Tooom, kupiłeś coś do żarcia?
- Sam sobie kup, cwelu. - odpowiedział, bazgrając po swojej gitarze
- Jeny, zawsze musisz być taki wredny? Idę coś kupić, ale zrób listę potrzebnych rzeczy.
- To co dziś jemy? Jajecznicę, czy spaghetti ze słoika? I gdzie w ogóle jest Travis?
- Poszedł do jakiegoś klubu. Myśli że wyrwie jakąś laskę na te swoje pałeczki.
- To co idziemy do baru, nie? Nie mam ochoty kolejny dzień jeść te zbełtane jajka.
- Dobra, to kończ to swoje arcydzieło i wychodzimy.
- Ok, tylko ubiorę spodnie.

Dwadzieścia minut później, kiedy Tom w końcu zwlekł tą swoją leniwą dupę z kanapy i łaskawie ubrał spodnie, poszliśmy do najbliższego baru mlecznego w okolicy. Jedyne wolne miejsce było przy oknie, więc usiedliśmy i zamówiliśmy jakieś meksykańskie żarcie (sami się zdziwiliśmy, że tam było, chyba trzeba tam wpadać częściej). Dostaliśmy swoje, jakże wykwintne dania i rozpoczęliśmy proces pochłaniania, gdy nagle ten idiota beknąl tak głośno, że słychać było poza barem. Teraz wszyscy się na nas gapili, a szczególnie ten tleniony blondyn przy stoliku obok. No, właściwie jaki tam z niego blondyn. Czarne odrosty na połowie włosów, kogo on chciał oszukać?
- No i na co się gapisz?! Kolega sobie beknąć nie może?! - ups, chyba powiedziałem to trochę za głośno, teraz jeszcze bardziej się na nas gapią.
- Kto, ja? My tylko spokojnie jemy frytki, to wy bekacie! Nic nie robimy, prawda Tom? - odpowiedział. Okropnie wkurzał mnie jego ton.
- Lepiej wracaj do swoich frytek blondasie, a Tom jest tylko jeden. I właśnie beknął!
- Co z wami nie tak? Wracajcie do zoo, może już wyczyścili waszą klatkę.
- Niezły tekst, przedszkolanka nauczyła? - czy on serio myślał, że może ze mną wygrać czymś takim?
- Słuchaj, nie chce mi się z tobą kłócić, następnym razem możesz przynajmniej udawać że znasz zasady savoir vivre i się po prostu zamknąć.
- Oooo, grzeczny chłopczyk ma dość? - zapytałem pieszczotliwym tonem
- Gówno o mnie wiesz! - haha, prowokacja zawsze działa. Z takimi to jak z bachorami.
- Dobra, daj spokój, Mike - powiedział drugi, którego ten fagas nazwał Tomem.
Gość jeszcze chwilę chciał się odszczekiwać, ale tamten go uspokoił. 
- Pedały - powiedziałem pod nosem do Toma, który całą naszą burzliwą rozmowę przesiedział, kończąc moją porcję. Co jeszcze mnie dzisiaj wkurzy? Musiałem zamówić frytki, bo ten debil wszystko mi zeżarł. Długo czekałem na swoje zamówienie, ale przynajmniej kelnerkę mają ładną. Chwila, a gdzie jest ketchup? Podszedłem do stolika jakiejś słodkiej parki, miziającej się co 10 sekund i zapytałem grzecznie, czy mógłbym pożyczyć ketchup. Gość powiedział, że niestety wyczerpał ostatnią porcję i nie wie, czy jeszcze coś z niego wycisnę. Rozejrzałem się po sali i nie zgadniecie przy czyim stoliku była jedyna butelka ketchupu. Tak, dobrze zgadliście. Podszedłem do tych dwóch głupków i ze sztucznym uśmiechem na twarzy spytałem:
- Czy mógłbym PROSZĘ pożyczyć wasz ketchup? - naprawdę nie wierzę, że coś takiego powiedziałem
- O, patrzcie kto przyszedł. Nasz dobry kumpel. - powiedział blondyn, uśmiechając się złośliwie.
- Dasz mi wreszcie ten ketchup, czy chcesz porozmawiać inaczej?! - ostatnio często puszczały mi nerwy, ale co miałem poradzić, naprawdę wnerwiał mnie ten idiota. Poza tym mieszkając z Tomem, trudno zachować spokój.
- No to zobaczymy, może tylko w słowach jesteś taki twardy.
- Dajcie już spokój, zachowujecie się jak małe dzieci. - wtrącił się ten jego brązowowłosy koleżka.
- On ma rację - Tom wychynął na chwilę znad góry mojego żarcia.
Później nie wytrzymałem i wyrwałem im butelkę, użyłem ketchupu, szybko zjadłem i pociągnąłem Toma, który jeszcze próbował kończyć moje resztki do wyjścia.
- Co ty w ogóle byłeś taki głodny?
- Potrzebuje jedzenia do życia, nie wiem jak ty.
Wróciliśmy w końcu do domu i poszedłem pod prysznic. W odróżnieniu od Toma, czasem go biorę. I gdzie ten Travis? Kilka godzin później śmierdząca alkoholem bomba obudziła mnie, kładąc się w moim łóżku. Strąciłem go w cholerę i wróciłem do spania.

Mike:

Kilka minut potem, gdy dwie niekulturalne ciotki wywlekły się z lokalu:
- Ej, Tom, co było nie tak z tym gościem? Co on mógł brać, że taki nerwowy?
- Jeszcze o nim myślisz? Zakochałeś się? Lepiej jedz frytki, bo już ci całkiem wystygły - powiedział, prawie leżąc na swoim krześle i bawiąc się plastikowymi widelcami. Popatrzyłem na swoje frytki i na przyjaciela próbującego zmontować wieżę Eiffla z plastikowych sztućców. 
- Dobra, wychodzimy. Nie chcę mi się jeść.
- Tak jest kapitanie! - zasalutował i zerwał się z siedzenia. Trzzt. Coś w jego krześle trzasnęło, po tym jak zerwał z niego swoje chude dupsko.
Rozśmieszył mnie tym faktem, skończyło się na tym, że całą drogę do hotelu popychaliśmy się, wymieniając uszczypliwe uwagi na temat jego wagi.
Mieszkaliśmy w hotelu, bo nie znaleźliśmy jeszcze dobrego lokum. To był nasz trzeci dzień w Seattle, po przeprowadzce z naszego rodzinnego miasteczka - Bremerton. Seattle było zdecydowanie większe od naszego zadupia i na początku nie bardzo wiedzieliśmy co robić. Ale w końcu jesteśmy już dorośli i najwyższy czas był wylecieć spod skrzydeł rodziców. Posiadaliśmy trochę kasy na hotel, ponieważ ostatni album naszego zespołu "Life In General" nadal sprzedawał się jak ciepłe bułeczki, ale nie mogło nam starczyć na długo, nie przy takich cenach pokoi. Zwłaszcza, że większość przetrwoniliśmy na życie w trasie, co na razie nam się za dobrze nie zwracało. No ale czego się nie robi dla fanów, nie? Mięliśmy zamiar znaleźć jakieś tanie mieszkanie i zamieszkać  we trzech z moimi bandmatami - Tomem i Yurim, a następnie porozglądać się za jakąś pracą dorywczą. Yuri jeszcze do nas nie dojechał. Miał małe problemy z zapakowaniem perkusji tak, aby można było ją wcisnąć w małą przestrzeń pod autobusem. Poza tym musiał się pożegnać z mamą. Lubię go tak bardzo, że trudno sobie to wyobrazić, ale czasem z niego cholerny maminsynek. W każdym razie, dalej nie znaleźliśmy chaty na naszą kieszeń. To serio nie jest takie łatwe. Mieszkania w dużych miastach kosztują co najmniej tyle, co pałace w Burgundii.

Yuri:


W Sobotni wieczór, zadzwoniłem do hotelu, w którym zatrzymali się Mike i Tom. Szansa, że którykolwiek z nich odbierze była mała, ale mimo wszystko postanowiłem spróbować. Zdziwiłem się, kiedy jednak usłyszałem coś oprócz ciszy w słuchawce, tyle że nie mogłem dokładnie określić co to takiego. Dziwny dźwięk, coś jakby szybkie szuranie miotłą po podłodze. Ale to z kolei nie miało sensu, tak na poważnie, który członek MxPx (oprócz mnie oczywiście) wziąłby się dobrowolnie za sprzątanie?
- Halo, mogę wiedzieć kto mówi?
Usłyszałem tylko dalsze szuranie i stłumiony głos, nucący "Should I Stay or Should I Go?" - i wszystko jasne, myjący zęby Tom. Jeśli gdziekolwiek usłyszysz słowa tej piosenki, to już wiesz, kto czeka za rogiem
- Hej, jak tam nowe lepsze, życie? - zapytałem wesoło, na co ten splunął i odpowiedział:
- Totalnie do dupy. Trzeba by sprzedać własną matkę, żeby wynająć tu mieszkanko wielkości schowka na miotły.
- Weź znowu tak nie dramatyzuj, zawsze przesadzasz, poza tym mojej mamy nie oddam nawet za złotą płytę!
- A za platynową?
- Hmmm... platynowa, powiadasz? Jasne, że nie! Nie jestem tobą.
- No pomyśl tylko, te wszystkie laski uganiające się za tobą i krzyczące "o mój Boże! Czy to ptak? czy to samolot? Nie, to pieprzony Yuri Ruley, podpisz mi się na ryju!" - zawsze rozwalało mnie jego parodiowanie kobiet, wyglądało na to, że rola obłąkanej fanki mu pasuje.
- Dobra, koniec żartów. Będę w środę rano, nie jutro. Wiesz, mama uparła się, żeby zrobić mi zapasy jedzenia na kolejny rok. - powiedziałem.
- Tylko tam nie zgłupiej od nadmiaru ciepłych zupek. - odparł. Czy ten koleś w ogóle potrafi mówić poważnie?
- No postaram się, a co tam z Mikiem?
- Jest jeszcze trochę wkurzony po tym, jak prawie wdał się w bitkę z jakimś typkiem w barze mlecznym.
- Myślisz że coś ten tego? - uśmiechnąłem się do słuchawki
- Taa, definitywnie wpadli sobie w oko. - stwierdził.
- Okej, to nie mam pytań. Oj, muszę kończyć. Mama woła. - rozłączyłem się.
- Tak, mamo. Jadłem już zupę. Tak, naprawdę.

Travis:


Dopalając swojego papierosa, kierowałem się w stronę parku, gdzie miałam się spotkać z moją Nancy. Chodziliśmy ze sobą od dwóch miesięcy i dalej nie mogłem przestać o niej myśleć; uwielbiałem te jej wielkie brązowe oczy i długie kasztanowe włosy. Zawsze ubierała się na czarno, ale w sumie mnie to kręciło. Lubiłem takie klimaty. I wtedy ją zobaczyłem, siedziała na ławce pośród drzew i wyglądała naprawdę super. Podszedłem do niej i powiedziałem:
- Wyglądasz pięknie - po czym dałem jej lekkiego buziaka w policzek.
Poczułem jednak, że coś nie gra, zachowywała się trochę nieswojo, była jakby zmieszana. Uchyliła się nieco po pocałunku, więc zapytałem:
- Hej, coś ci jest? Źle się czujesz?
- Nie wszystko w porządku... kochanie. - odpowiedziała, ale zabrzmiało to trochę, jakby nie chciała wypowiedzieć tego ostatniego słowa.
- No to chodźmy się przejść. - Złapałem ją za rękę i ruszyliśmy ku niedużemu jeziorku na skraju parku. Po kilku minutach spaceru usiedliśmy na trawię i patrzyliśmy na nieruchomą taflę wody.
- Ładnie tu - powiedziałem i delikatnie się do niej uśmiechnąłem
- Słuchaj, Travis. Muszę ci coś powiedzieć.
- Co się stało? - po jej tonie nie spodziewałem się usłyszeć niczego dobrego.
- No bo... myślę, że dalsze spotykanie się nie ma sensu. Wiesz, to nie tak, że cię nie lubię, bo lubię cię bardzo. Naprawdę. Ale, wiesz wydawało mi się, że jesteśmy do siebie podobni, ale po czasie zaczynam zauważać wiele rzeczy, w których się różnimy. Poza tym poznałam kogoś nowego. Nazywa się Tyson. Dobrze się dogadujemy i sam rozumiesz... Nie chcę cię ranić, ani nic, ale... - tu zabrakło jej słów. Wgapiałem się w nią krótką chwilę, zanim do mnie dotarło do mnie, co powiedziała.
- Co kurwa?! Jaki Tyson? Jak go znajdę, to mu jaja urwę! - dobra, teraz to byłem naprawdę wkurwiony, jak mogła mi to zrobić? Kochałem ją, troszczyłem się o nią, a ta nic!
W tym momencie zauważyłem, że przeszkliły jej się oczy, cudownie, jeszcze tego brakowało! Może chciała we mnie wzbudzić poczucie winy? Już sam nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć.
- Wiedziałam, że nie zrozumiesz. Jak zwykle, zachowujesz się jak dziecko. Widocznie nie dorosłeś do normalnego związku. - Ja nie dorosłem? Dobre sobie, to ona po dwóch miesiącach puszcza się z byle kim.
- Skoro było ci tak ze mną źle, to idź się pieprzyć z tym całym Tysonem! - warknąłem, na co ona odpowiedziała mi siarczystym plaskaczem.
- A wiesz co? Pierdolę ciebie, tego chuja i całe to gówno! - po czym wstałem i ruszyłem do ulubionego klubu, musiałem odreagować, nie chciałem wracać do domu w takim stanie. Nie chciałem już nic pamiętać. Nie pamiętam jak się tam dostałem, ale pamiętam, że wpadłem do środka jak proca. Ani się obejrzałem, a fala upojenia zalała mój umysł, niczym syrop na kaszel, oczyszczając go z toksyn. I przy okazji z reszty szarych komórek.
Gdy tak siedziałem przy stoliku, schlany w trzy dupy, zawołałem kelnerkę, żeby przyniosła mi więcej procentów i na odchodnym klepnąłem ją w tyłek. "A co mi tam, nie mam nic do stracenia. Gdzie tu jest kibel?"
- Co ty sobie wyobrażasz? - krzyknęła
- Co tak ostro, mała? - powiedziałem równo spojonym głosem - Bo wiesz, jestem sławnym muzykiem i chciałbym cię lepiej poznać.
- Naprawdę? - powiedziała z powątpiewaniem - a co ty niby mógłbyś grać?
- Jestem perkusistą najzajebistszego zespołu świata. Nazywamy się Blink- 182 i ostatnio daliśmy niezłego czadu w MTV. Żebyś wiedziała, jak głośno ludzie klaskali..
- Klaskali, bo to telewizja, idioto! Zapłacili im za to. - stwierdziła i odeszła.
"Głupia, zarozumiała baba. I wcale nie jest taka ładna... No gdzie ten klop?". Wiele więcej w sumie nie pamiętam, w pewnym momencie po prostu urwał mi się film.

Obudziłem się po południu na podłodze naszego jakże cudownego mieszkania z gigantycznym kacem - mordercą. Powoli podniosłem głowę, zastawiając się jak ja się tu w ogóle przywlokłem, bo na pewno nie na dwóch nogach.
- Boże, co tak śmierdzi? - zapytałem samego siebie - Aaaa, to pewnie ja.

~*~

Cześć, jesteśmy Basia i Sara. Przeszukałyśmy internet wzdłuż i wszerz i okazało się, że nie ma żadnego opowiadania po polsku o naszych ulubionych zespołach. Stwierdziłyśmy więc, że czas to zmienić, tworząc pierwsze fanfiction o Blink - 182 i MxPx. Także miłego czytania i zapraszamy do wyrażenia swojej opinii o rozdziale w sekcji komentarzy.