wtorek, 12 stycznia 2016

Tom Delonge:


Obudziłem się w niedzielny poranek, a poranek znaczył w tym domu jakąś drugą po południu. Strasznie chciało mi się sikać. Poszedłem do klopa, z nadzieją że nie będzie tam Marka. Potrafił siedzieć w kiblu godzinami jak jakaś baba. Na szczęście nie było zajęte, bo naprawdę okropnie mnie cisnęło. Potem zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle mamy w lodówce coś oprócz słoika musztardy, stojącego tam od około sześciu miesięcy. Nie chcieliśmy go otwierać, bo obawialiśmy się że ta podejrzana zielona narośl ożyje i opanuje mieszkanie.Wszedłem do kuchni i zobaczyłem Travisa z głową na stole.Wyglądał na nieprzytomnego, więc z satysfakcją wrzasnąłem mu do ucha:
- Wstawaj parówo! - yeah, znowu udało mi się go przestraszyć.
- Zamknij mordę. - mruknął
- Coś ty taki nieszczęśliwy? Żadna pani nie skusiła się na twoje pałeczki? A może to tylko mały kacyk?
- Miałem problem z dziewczyną, jasne?! - warknął. Wow, był naprawdę wkurzony.
- Co, kolejna cię rzuciła? Znalazła sobie kogoś lepszego?
- Zawrzyj wreszcie ten głupi ryj! -  mocno rzucona szklanka o kilka centymetrów minęła moją głowę i wylądowała na podłodze pod szafką.
- Pojebało cię?! - Co ten idiota odpierdzielał? Mógł mnie przecież zabić! Wyszedłem stamtąd, zanim zdążył rzucić we mnie czymś cięższym. Nie zamierzałem poddawać się emocjom, tak jak on.

Mark:


Podczas brania prysznica usłyszałem głośne krzyki w kuchni. Serio? Z tymi idiotami nawet się spokojnie umyć nie można? Wytarłem się, ubrałem gacie i ruszyłem w stronę źródła hałasu, słysząc trzask zamykanych drzwi. Wchodząc do kuchni, zobaczyłem czerwonego ze złości Travisa. Rzadko widywałem go w takim stanie. 
- Co ci się stało? - zapytałem.
Idąc w jego stronę nastąpiłem na coś zimnego i bardzo, bardzo ostrego.  Co do cholery robiła rozbita szklanka na ziemi? Zawyłem z bólu i upadłem na podłogę, a on nawet nie raczył mi pomóc. Po prostu sobie wyszedł, jak ostatni dupek. Doczołgałem się do telefonu i podciągnąłem trochę do góry, aby strącić słuchawkę i zadzwonić do swojego kumpla, który miał własny samochód. Dzięki Bogu, że mięliśmy telefon akurat w kuchni. Po kilku sygnałach odebrał.
- Cześć Pete. To ja, Mark. Wiesz, potrzebuję pomocy. Przyjedź do mnie i zawieź mnie do szpitala, zanim tu skonam. Błagam, szybko.
- Co? Co ci jest, stary?
- Rana w nodze. Nie mogę chodzić, boli jak cholera.
- Ale na wylot?
- Weź sobie nie rób jaj i przyjeżdżaj.

Po dziesięciu minutach przyjechał Peter i pomógł mi wejść do samochodu, chociaż właściwie to nie chciał wchodzić do naszej kuchni, gdy zobaczył ten cały burdel. Gdy dotarliśmy do szpitala, zaprowadził mnie pod ramię do krzesła w poczekalni. Powiedział, że nie może ze mną zostać, bo ma umówione spotkanie. Świetnie, zostałem sam z rozwaloną stopą. Po chwili jedna z pielęgniarek, choć już stanowczo zbyt wiekowa na ten zawód posadziła mnie na wózku inwalidzkim i przywiozła do jednego z gabinetów lekarskich. Kazała mi tam poczekać na doktora. Kolejne 10 minut siedzenia na dupsku. Nagle do gabinetu wpadł mega zabiegany, czarnowłosy doktor, potrącając wszystko co znajdowało się na jego drodze. Szybko usiadł za swoim biurkiem i mierząc mnie wzrokiem spytał co się stało, jakby do cholery nie widział mojej nogi całej we krwi. Kulturalnie opowiedziałem, co mi się przydarzyło, na co ten tylko się skrzywił mówiąc że będzie musiał zszyć ranę. Nie sądziłem, że była aż tak głęboka. Musiałem poczekać kolejne kilka minut na zabieg, ale przynajmniej dali mi kule. Pokuśtykałem na jedyne wolne miejsce. Po jego zajęciu rozejrzałem się dookoła. Standard szpitali - krucha starsza pani po prawej, a po lewej... no nie, znowu on. Typek z baru. Co ten gość tutaj właściwie robi? Pomylił sobie szpital z salonem fryzjerskim? On też mnie zauważył. Popatrzył na moją przeciętą stopę, po czym powiedział:
- Hej, to chyba nie jest ten ketchup, który tak bardzo lubisz. - wredny uśmieszek, chyba myślał że jest zabawny.
- A ty tu po co? Pomyślałeś, że homoseksualizm jest chorobą i przyszedłeś się wyleczyć?
- Nie twój interes.
- Dobra, tylko pytam. Ale jak by co, to znam dobrą makijażystkę w mieście, moja siostra do niej chodzi. Może chciałbyś się zapisać, kolego?  - żartów o gejach nigdy dosyć, no nie?
- Dzięki, kochanie ale jestem zajęty. Odbieram siostrę kumpla z oddziału dziecięcego i lecę na próbę. W sumie szkoda, że nie będę mógł usłyszeć twoich dziewczęcych wrzasków przy dezynfekcji rany. -ok, koleś powoli zaczynał mnie wkurzać.
- Próbę? Robisz za sopran w kościelnym chórku? - powiedziałem z przekąsem.
- Dla twojej wiadomości, jestem wokalistą i basistą pop-punkowego zespołu, choć w sumie wątpię, że w ogóle słyszałeś o takim gatunku. Nazywamy się MxPx.
No dobra, to było ostatnią rzeczą, jaką się po nim spodziewałem. Kojarzyłem tę nazwę, ale przecież się nie przyznam, nie? Wyglądałoby to, jakbym śledził losy jakiejś bandy pawianów, które co dopiero dostały do rąk gitary.
- Ty? To ma być jakiś dowcip? To ja jestem najlepszym wokalistą i basistą w tym mieście!
- Doprawdy? Skromność chyba nie jest twoją mocną stroną. Gdzie grasz?
- W Blink-182, ale to nie twoja liga, blondasku. Gramy solidny, nowoczesny skate-punk.
- Przez 'nowoczesny skate-punk' mam rozumieć pop-punk? - zapytał.
- Jezu, ale masz niewyparzoną jadaczkę. To jedno i to samo. - stwierdziłem.
- Po prostu nie chciałeś się przyznać, że grasz ten sam gatunek, co ja. A tak poza tym, słyszałem o Blink-182.
- Co słyszałeś?
- No wiesz, banda debili, wokalista z wodogłowiem i takie tam. - przysięgam, gdybym nie był ranny, coś by się stało z tą jego dziewiczą buźką. Miałem zamiar trochę gościa postraszyć, gdy nagle zawołano mnie z gabinetu. Zabieg rzeczywiście nie był zbyt przyjemny, ale dało się przeżyć. Trochę szkła zostało w stopie. Wyszedłem po dwudziestu minutach z zabandażowaną kończyną, zastanawiając się jak ja do cholery wrócę do domu.

Tom Wisniewski:


Ile można odbierać dziecko ze szpitala? Zaczynałem się już niecierpliwić. Siedzieliśmy z Yurim w naszym nowym miejscu do prób już ponad godzinę, a jego dalej nie było. W sumie dobrze, że Ruley mimo wszystko przyjechał dzisiaj, mimo silnych protestów ze strony najważniejszej kobiety jego życia (chyba każdy się domyśla, o kogo chodzi).  Perkusja co prawda zmieściła się pod autobusem, ale reszta jego rzeczy została w Bremerton, więc następnego dnia musiał ponownie wyjechać. Siedział teraz na tyłach zagraconego pomieszczenia, wyjmując z nudów różne rzeczy ze starych pudeł i okazjonalnie rzucając nimi we mnie. Leżałem na podłodze i pogrywałem sobie spokojnie na gitarze jeden ze starszych kawałków Descendentsów, kiedy to dostałem prosto w twarz przedpotopowym damskim płaszczem. 
- Masz, będziesz w tym wyglądał sexy. - roześmiał się.
- Serio, wydaje się, że to coś bardziej w twoim stylu. - odpowiedziałem.
- Oj, przestań. Nie mam takiego wcięcia w talii jak ty, chudzielcu. - tu oberwał płaszczem w łeb.
-  Hej, jak myślisz, kiedy będzie Mike?
- Znając jego, wystawił nas dla jakiejś panny, a teraz klęczy na jednym kolanie, recytując miłosny poemat własnego autorstwa i patrzy jej głęboko w oczy.
- Albo poszedł na kebaba.
- No, to w sumie dość możliwe. .
Wtedy do pokoju wpadł Mike.
- No nareszcie. Co tak długo? - spytał Yuri.
- A nic, wiesz. Zagadałem się trochę z Jay Jay'em.
- Że najpierw były ploty, potem popołudniowa herbatka i mały kurs szydełkowania? - jak ja lubiłem z niego żartować.
- Dobra, ruszać dupska i gramy! - zarządził nasz tleniony przyjaciel.
Szło nam naprawdę nieźle. Mike napisał trzy nowe piosenki razem z tekstami. Wyćwiczyliśmy je do perfekcji w niecałe dwie godziny. Najbardziej podobała mi się ta jedna o nazwie "I'm Ok, You're Ok". Czuło się, że będzie z tego niezły hicior. Pomyślałem, że jeśli dalej będzie pisał piosenki w takim tempie, za miesiąc czy dwa będziemy mieli gotowy kolejny album. Miał gość talent.


Gdy skończyliśmy ćwiczyć, Ruley powiedział:
- Hej, myślicie że jak nie znajdziemy mieszkania, to będziemy spać tu na podłodze, razem ze szczurkami?
- Nie przesadzaj, Yuri. Trzeba wierzyć w cuda. - stwierdził Mike.
- Jestem głodny. Idziemy na hot-dogi? - spytałem.
- Chodźmy na hot-dogi! - odkrzyknęli zgodnym chórkiem.
Herrera wziął sobie parówkę z podwójnym chili. Już zawsze będę się zastanawiał jakim cudem on to zjadł. Ja ziałem ogniem z gęby po jednej porcji. Ten człowiek ma wielbłądzi żołądek.

Travis:


Nieco obawiałem się wracać do domu, po tym jak prawie zrobiłem krzywdę Tomowi i zostawiłem samego zranionego Marka, ale siedziałem w tym miejscu już od dobrych paru godzin. Po opuszczeniu mieszkania byłem na skraju wytrzymałości psychicznej. Wiedziałem, że jak stamtąd nie wyjdę, przywalę Bogu ducha winnemu Markowi. Może z godzinę wałęsałem się po ulicach. Nie zwracałem uwagi na przechodniów, ani na samochody. Chciałem po prostu odejść jak najdalej. Od ludzi, od problemów. Zaszyłem się w ruinach starej kamienicy, gdzie nikt mnie nie widział i nie słyszał, po czym zacząłem rozmyślać. Myślałem o tym, co działo się w moim życiu przez ostatnie dwa dni. Byłem w tym momencie wrakiem, a moja sytuacja totalną porażką. Po długich rozważaniach, stwierdziłem, że jedynym sposobem, aby uwolnić się od przeszłości, jest życie teraźniejszością. Musiałem się pogodzić z chłopakami, teraz. Nie wiem, ile czasu spędziłem w tej ruderze, ale zaczynało już zmierzchać. Wyszedłem z niej i skierowałem się w stronę domu. Uchyliłem drzwi do salonu. Na kanapie siedział Tom, więc usiadłem obok niego. Spojrzał na mnie, ja na niego i zapadła krępująca cisza. Przygniatała mnie ta ciężka atmosfera. Na szczęście, do pokoju przykuśtykał Mark z zabandażowana stopą i usiadł obok nas. Postanowiłem się wreszcie odezwać.
- Hej, Mark. Sorry za tą nogę. To ja rozbiłem szklankę w kuchni. I, nooo... czuję się głupio, że cię tak samego zostawiłem. - Wow, udało mi się to w końcu wykrztusić.
- Nie ma sprawy.  Tom powiedział mi, co się stało. Musiałeś się strasznie wkurwić. 
Wtedy wtrącił się Delonge:
- Ta. Wiesz, stary? Ja chyba też trochę przesadziłem. Chciałem po prostu być zabawny, a wyszło na to, że zostałem chujem roku. Wybaczysz nam, nie?
Czekajcie, bo czegoś tu nie kapuję. To ONI mnie przepraszali? Po tym wszystkim? Jak to możliwe?
- Ludzie, muszę ogłosić ważny komunikat! - krzyknąłem - Mam najbardziej chorych, powalonych i zdecydowanie najzajebistszych przyjaciół na świecie!
- To co? Braterski hug? - zapytał Tom
- Same się przytulajcie, pedzie. - prychnął Hoppus. Jeny, jak ja kocham tego gościa.
Thomas zamiast się przytulać pobiegł do kuchni, otworzył szafkę, po czym rzucił na kanapę sporych rozmiarów torbę. Było tam wszystko: piwo, jakieś tanie wina, wóda, a nawet paczka chipsów i kaseta z wypożyczalni filmów. 
- Porno? - spytał Mark.
- Tym razem stara komedia. Po tym, co kiedyś przyniosłeś do domu już nigdy nie wypożyczę pornosa. - powiedział ze śmiechem Tom.
- Czego się czepiasz? Na okładce była kobieta, a tu włączam i co? Festiwal fujar!
- Ej, to odpalamy w końcu ten film, czy będziecie tylko gadać?
Po moich słowach po prostu rozsiedliśmy się wygodnie i zaczęliśmy nasz pijany seans. Ot tak, romantyczny wieczorek w stylu Blink-182. To była świetna noc. I nawet film tak bardzo nie ssał.


~*~

Ten post chyba też tak bardzo nie ssał. Przynajmniej był dłuższy od poprzedniego. Zmieniłyśmy trochę taktykę i zaczęłyśmy pisać przez skype. Jak ktoś ma jakieś uwagi co do treści, mile widziane komentarze, chociaż jak na razie i tak czytają to tylko nasi znajomi ;)

1 komentarz: