wtorek, 8 marca 2016

Tom D:


Był wtorek, siedziałem na kanapie w naszej ruderze, oglądając jak jakiś shitowy zespolik produkuje się w MTV i jadłem całkiem smaczną jajecznicę, gdy do pokoju przykuśtykał mr. Mark Hoppus, klepnął sobie koło mnie i przez jakiś czas próbował walnąć wokalistę w łeb swoją kulą.
- Zamknij mordę, śpiewasz gorzej gorzej niż Tom! - usłyszałem.
- Wypraszam sobie. - powiedziałem z pełną buzią, niemal wypluwając na niego kawałek ogórka.
Popatrzył się na mnie, robiąc głupią minę.
- Jajecznica z ogórkiem? Co z tobą nie tak, kosmici cię porwali?
- Bardzo śmieszne. - przełknąłem żarcie. - Gdzie Travis? Znowu się alkoholizuje?
- Śpi jak zabity. Obawiam się, że jak go do czegoś potrzebujesz, będziesz musiał wezwać dźwig.
- Mam lepszy pomysł. - Uśmiechnąłem się złowieszczo.
I tak to nasz ukochany perkusista został obudzony garnkiem lodowatej wody wylanym prosto na twarz, która jak zauważyłem była nieco pokiereszowana, ale u niego to nic nadzwyczajnego.
- Nie rób tego, Nancy! - krzyknął i zerwał się z łóżka, na co wybuchliśmy głośnym śmiechem.
- Palanty. - spojrzał na nas nienawistnie. - No co? Czego chcecie? - jego zabijający wzrok jeszcze bardziej nas rozśmieszył. Teraz już nie mogliśmy się powstrzymać.
- Nie ukochana!
- Nie z nim!
- Ooo nie, coś ty narobiła!
Kiedy tak tarzaliśmy się ze śmiechu po podłodze, on tylko wstał, szturchnął mnie i kopnął Marka. Tym razem całkiem dobrze przyjął nasze szyderstwa i nie próbował odebrać nikomu życia za pomocą szklanki. Nagle wpadłem na genialny pomysł:
- Hej, chłopaki. Moglibyśmy tak na jeden dzień być jak normalna amerykańska rodzinka i wyjść razem na spacerek do parku.
Po tych słowach Mark zaczął jeszcze mocniej dusić się ze śmiechu, a Travis popatrzył się na mnie z politowaniem.
- Ale nie, ja na serio mówię, nigdzie razem nie wychodzimy. Ty się szwendasz po szpitalach, ty sobie pijesz w samotności, a przecież jesteśmy kumplami, no nie?
- W sumie niech ci będzie. Może czas się trochę wyluzować, wiecie, zwolnić tempo? - udało mi się przekonać Travisa.
- Widzisz Marky, on też to czuje.
- Czuuuuję to. - wykonał rękami ruch podobny do tańca hula.
- Czuuuujeeemy to. - dołączyłem się i ubrałem okulary przeciwsłoneczne leżące na półce. Potem jeszcze trochę się wygłupialiśmy, tańcząc wokół naszego przyjaciela. Nagle jakoś pogorszył mu się humor. Chyba nie miał ochoty nigdzie z nami iść, ale czy naprawdę myślał że ma jakiś wybór?
Wychodząc wzięliśmy jeszcze piłkę do footballu i zamknęliśmy za sobą nasze zasyfione mieszkanie. Może kiedyś przydałoby się tam posprzątać? Ale to kiedyś. Teraz nasze trio wspólnie szło przez miasto. Próbowaliśmy rozweselić szanownego pana Hoppusa, który zwykł ostatnimi czasy wstawać lewą nogą. Zgaduję, że to dlatego, że prawą nie miał jak.
- No weź, nie czuujesz tego?
- To wisi gdzieś w powietrzu, to jest w nas, Mark!
- To jest w tobie, musisz tylko to odkryć! - gadaliśmy w stylu tych wszystkich filmów dla dzieci.
- Nie. - powiedział.
- A teraz?
- Nadal nie.
- Może teraz?
- Nie! Walcie się!
Przybliżyłem się do niego i robiąc głupawą minę spytałem:
- ...A teraz?
- Czekaj, chyba coś czuję... Tak, to nieodparta chęć przywalenia mojemu przyjacielowi w mordę! - rzucił się na mnie, ze śmiechem dźgając mnie kulą. No, nareszcie przywróciliśmy mu dobry humor.
- Co ty się tak długo dąsałeś? Ostatnio jesteś cholernym zgredem.
- Prawda, ten badyl ci idealnie pasuje.
Wtedy Mark zaczął udawać dziadunia z laską i narzekać na niewychowanie współczesnej młodzieży. Ludzie gapili się na nasze śmieszki, jakbyśmy co najmniej odprawiali egzorcyzmy na środku drogi. Może i nie byliśmy zbyt normalni, ale przynajmniej umieliśmy się bawić, nie to co niektórzy. Po kilku minutach byliśmy już na miejscu.
- Święta trójca wyrusza na podbój okolicznych parków! - krzyknąłem, przebiegłem przez bramę, a następnie pognałem w siną dal.
- Yeah! - Travis poszedł za moim przykładem. Zatrzymaliśmy się nieopodal stawu.
Jakieś dwie minuty później, wyczerpany Mark dokuśtykał się do naszej dwójki.
- Huh, nienawidzę was. - stwierdził dysząc, po czym walnął się na trawę.
- To co, gramy? - zaproponował Travis.
- Pewnie. - odpowiedziałem.
- Ja się stąd nie ruszam! Będę grał na leżąco. - powiedział Mark, chociaż i tak musiał ostatecznie podnieść dupsko do pozycji siedzącej, po tym jak piłka o niezbyt przyjemnym kształcie trafiała go niejednokrotnie w głowę.
- Ej, uważaj na nią, bo niedługo będziesz wyglądał jak Travis.  - roześmiałem się. - Kto cię tak urządził, stary?
- Długa historia.
Muszę przyznać, że było mu do twarzy z tą śliczną fioletową śliwą pod okiem. Musieliśmy wtedy wyglądać jak totalne dzieci szczęścia: trzech wesołych, powalonych obszarpańców rzucających w siebie futbolówką w parku, jakby mieli za mało urazów.
Perkusista usiadł i opowiedział nam szaloną historię wczorajszej nocy. W sumie szkoda, że nie poszedłem z nim. Zdecydowanie wolałbym napierdzielać jakiemuś dresowi po mordzie razem z losowym zjarańcem, niż siedzieć na tyłku z Markiem i urządzać bitwę na gitary. Chociaż w sumie nagrodą za wygraną była akceptacja mojego tekstu piosenki. Kosmici rządzą, nie? Najgorsze było strojenie, nie chcę nawet wspominać ile to trwało.
- Hej Tom a pamiętasz jak spotkaliśmy tych dwóch typków w barze i miałem ochotę wypruć im flaki? - odezwał się Mark.
- No trudno nie pamiętać, to było kilka dni temu. Nadal nie wiem czemu byłeś aż tak wkurzony.
- Nieważne. Wiesz znowu spotkałem jednego z nich. Siedział w szpitalu i jakimś cudem był jeszcze bardziej wkurzający. Myślicie, że on bierze z tego jakieś lekcje?
- To bardzo możliwe. A którego spotkałeś? Tego co darł do ciebie z mordą czy tego co siedział obok?
- Blondyna. Wolałbym jego koleżkę, przynajmniej by się tak nie rzucał.
- Ej, ale o kim wy w ogóle mówicie? - spytał Travis. - Coś mnie ominęło?
- Ta, jak zwykle piłeś.
- Aaa, to wiele wyjaśnia.
- Zamierzacie grać dalej?  - zapytałem, wstając.
Rozpoczęliśmy ponownie i nieźle wkręciliśmy się w grę, rzucaliśmy się po trawie jak głupi. Raz chyba trochę przesadziłem z siłą wyrzutu, przez co Travis o mało nie wpadł do stawu.
- Tak chcesz się bawić?! - krzyknął, a następnie rzucił piłką najmocniej jak potrafił. Nie zamierzałem poddawać się tak szybko. Pognałem w tamtą stronę, rozpędziłem się i wykonałem efektowny wyskok w górę, łapiąc piłkę w locie, po czym, równie efektownie, wylądowałem na kocu piknikowym jakiejś pary. Z tyłu usłyszałem śmiech chłopaków. Popatrzyłem po twarzach osób, na których jedzeniu wylądowałem, wydawali się zdziwieni. "Dobra, na razie nikt nie chce mnie zabić." - pomyślałem i postanawiając wykorzystać sytuację ugryzłem jedną z muffinek porozrzucanych wokół mnie. Chyba też na kilku leżałem. Mmm, jagodowa.
- Co ty od...?! - odezwał się koleś, obok którego leżałem. Niebezpiecznie podniósł głos.
- Wyluzuj, są zajebiste. - przełknąłem sporego gryza - Serio, sama je piekłaś?
Zarzuciłem oczami w stronę młodej blondynki z czerwoną szminką na ustach. Dziewczyna zaczęła się ze mnie śmiać. Słodka była. Nawet słodsza niż te babeczki.
- A mi dacie spróbować? - nawet nie zauważyłem, kiedy Mark podszedł mnie od tyłu. Nie czekając na odpowiedź ze strony kogokolwiek wziął sobie babeczkę i posmakował.
- Chociaż raz ten palant ma rację.
Mężczyzna na kocu wydawał się delikatnie zirytowany.
- Nie dość że macie czelność tak po prostu sobie na nas wpadać, to jeszcze bez pozwolenia kradniecie nasze jedzenie? Gdzie wy się wychowaliście?! W jebanej dżungli?
- Daj spokój, Charles. Chłopcy tylko dobrze się bawią, prawda?
- Ta. - walnąłem i uśmiechnąłem się do niej głupio.
- Chciałbym przeprosić państwo za zaistniałą sytuację. - Travis wtrącił się do rozmowy. - Jak sami państwo widzą, ci dwaj dżentelmeni dopiero co wyszli ze szpitala psychiatrycznego. Mięli zaawansowane stadium choroby zwanej dysmózgią. Rozumiecie, trwałe zamrożenie kilku szarych komórek. Straszna rzecz. - Popatrzył na nas pobłażliwie, następnie zmierzwił mnie i Markowi włosy.
- Co z łapami, paszczurze jeden?! - zadarł się mój przyjaciel. - Bo poszczuję kulą!
Podniósł swojego badyla i wycelował w stronę Travisa. Blondynka znowu zaczęła się uroczo śmiać. Jej towarzysz też chyba się rozchmurzył. Zobaczył, że to tylko głupie żarty. Skończyło się na tym że wszyscy wymieniliśmy imiona i usiedliśmy wspólnie na kocu. Rozpoczęliśmy pogawędkę.

Mark:


Siedziałem w najlepsze na kocu, rozmawiając z naszymi nowymi znajomymi, którym Tom przed chwilą zmiażdżył tyłkiem połowę jedzenia (ach, co za piękny początek znajomości!) gdy nagle zauważyłem brak czegoś, a właściwie kogoś. Gdzie się podział Travis? Już miałem poinformować innych, kiedy to powód jego nieobecności wmaszerował do parku. Jak jej tam było? Clancy? A nie, to męskie imię. Nieważne. Postanowiłem wyjść jej na spotkanie. 
- O proszę, a kogo my tu mamy? 
Zatrzymała się i zmierzyła mnie krytycznie wzrokiem.
-  Och, jak miło widzieć głupiego kumpla z głupiego zespołu mojego byłego chłopaka - idioty. - ironiczny grymas pojawił się na jej twarzy. - Nie mam czasu na głupie pogadanki. Suń dupę, śpieszę się. - Wcześniej nie miałem pojęcia, że jest taka wredna. Postanowiłem sobie z niej ostrzej zadrwić, w końcu to przez nią miałem szkło w nodze. I przy okazji w sercu mojego przyjaciela.
- A dokąd ci tak śpieszno? Czyżby twój nowy chłopak bił cię, kiedy spóźnisz się minutę i nie zrobisz mu dobrze na wejściu? 
- Jak śmiesz, sukinsynu!
Dostałem od niej z liścia. Zapiekło. Niby taka bezbronna i delikatna, a bije jak zawodnik MMA. 
- Słyszeć prawdę boli, hmm? Nie chcesz nawet wiedzieć jak się miewa Travis? Nie chcesz usłyszeć jak zapija smutek i budzi się z twoim imieniem na ustach? Nie obchodzi cię to, co?!
- No, wreszcie jakieś pozytywne newsy tego dnia! - ok, to mnie naprawdę zirytowało. Widziałem jak mój najlepszy przyjaciel, ukradkiem ociera łzę, leżąc w łóżku późną nocą. On cierpiał, a ta suka nic sobie z tego nie robiła! 
- Czy ty go w ogóle kochałaś? - spytałem.
- Haha, nie rozśmieszaj mnie, kotku. Punk to rzeczywiście dobra nazwa na kogoś takiego. Jak można kochać takiego śmiecia? 
Dobra, teraz miarka się przebrała. Ona nie tylko nazwała mojego przyjaciela śmieciem, ona mieszała z błotem również mnie i mój styl życia. To była też moja sprawa. Napiąłem się, przybierając pozę "groźnego faceta". Przybliżyłem się do niej tak, że moja twarz znalazła się kilka centymetrów od jej i wyszeptałem: 
- A połamał ci ktoś kiedyś nóżki? 
- Z pewnością nie zrobi tego męt - kaleka. - odpowiedziała równie cicho, z wrednym uśmieszkiem malującym się na twarzy. 
Popchnąłem ją wprost na najbliższe drzewo. Może nie z całej siły, bo to jednak laska, ale na tyle mocno, aby upadła i nie mogła od razu się podnieść.. Już miałem podejść do niej i powiedzieć co o niej sądzę, gdy usłyszałem kroki za sobą i sapanie. Zanim zdążyłem się choćby odwrócić za siebie, dostało mi się cholernie mocno w tył głowy. Upuściłem kule, lecąc na kolana. Oparłem się rękami o ziemię i spojrzałem do tyłu. Stał tam nie kto inny, jak mój ukochany przyjaciel z kliniki. Po prostu świetnie!

Mike:


Właśnie wyszliśmy razem z Tomem z hotelu. Mój kumpel obudził mnie dzisiaj nad ranem w drodze do łóżka, potykając się o stertę własnych ciuchów rozrzuconych po podłodze. Był tak wyczerpany, że nie miał siły zdjąć butów. Nie było szansy żebym przywrócił go do życia przed trzecią, nawet rzucanie w niego przypadkowymi rzeczami nie pomagało. Teraz niby minął mu już kac, ale i tak wlókł się w niemiłosiernym tempie. Stwierdziliśmy, że przed rozpoczęciem naszego codziennego polowania na okazję pójdziemy znaleźć jakieś miejsce z tanim żarciem. W drodze opowiadał mi co się stało, że tak a nie inaczej wygląda. To było chore. Dobrze, że z nim nie poszedłem, jako że wczoraj byłem mentalnie wykończony. Ciekawe co by się stało, gdybym podczas bitki z tamtym łysym zasnął mu na ramieniu; trochę zbyt romantycznie jak na mój gust. Ruszyłem w stronę parku.
- Tędy będzie szybciej. - wyjaśniłem.
I właśnie wtedy zostałem świadkiem dość niemiłej scenki. Na ścieżce stało dwoje ludzi. Rozpoznałem przygłupa, z którym wdałem się w konflikt w poczekalni zaledwie przed dwoma dniami. Serio? Znowu on? Po minach jego i dziewczyny rozmawiającej z nim widać było, że nie był to rodzaj przyjaznej pogawędki o pogodzie. Zbliżył się na centymetry do jej twarzy i powiedział coś, zapewne prowokującego. Ona też coś powiedziała, na co on gwałtownie popchnął ją prosto w pień drzewa. Tak po prostu! Co ten palant sobie wyobraża?! Rozważyłem, co bym mu zrobił, gdyby tam stała moja dziewczyna i postanowiłem, że zrobię dokładnie to samo. Zanim się obejrzał leżał już na ziemi. 
"Może sam nie jestem święty, ale nie odpuszczę gościowi za takie zachowanie względem kobiety!" - pomyślałem. Kopnąłem kule poza zasięg jego ręki - tak łatwo się nie podniesie. Dziewczyna wyglądała na roztrzęsioną. Coś mówiła...
- On.. chciał mnie... - kilka łez poleciało po jej policzku. Mogłem sobie tylko wyobrazić jak musiała być przerażona.
- Kłamliwa suka! - wrzasnął tamten, próbując wstać. To było zbyt okropne, musiał dostać nauczkę.
Rzuciłem się na niego, oddając serię silnych uderzeń. Przyjąłem parę razów na twarz i klatkę piersiową, odchyliłem się i chyba zaczęła mi lecieć krew, ale wiedziałem, że mam za dużą przewagę, aby przegrać. Kolo mógł się co najwyżej czołgać. Turlaliśmy się chwilę po ziemi, oddając sobie nawzajem kolejne uderzenia, zanim udało mi się obezwładnić napastnika. Niestety zdołał wyrwać nogę z mojego uścisku i jego but wylądował na mojej twarzy. Opadłem w tył. Proszę, udało mu się wstać. "Na jednej nodze za długo nie postoi" - pomyślałem i szybko podciąłem mu skrzydła. Runął na ziemię, a ja z satysfakcją zastosowałem się do starego przysłowia: oko za oko, but za but.
Wtem pojawił się za mną Tom - strażnik moralności i zdołał mnie powstrzymać. Chyba faktycznie przesadziłem z ilością kopów. Teraz tamten też krwawił.
- Zostaw go, Mike. Nie chcesz mieć kłopotów.
Faktycznie ktoś mógł nas zatrzymać. Odeszliśmy jak najszybciej z tego miejsca, a tempo naszych kroków idealnie zgrało się z tempem niecenzuralnych wyzwisk kierowanych pod naszym adresem. Dziewczyny już tam nie było. Nie widziałem, kiedy uciekła, ale na jej miejscu zrobiłbym dokładnie to samo. Współczułem jej całym sobą. Szliśmy przez chwilę w milczeniu w losowo obranym kierunku. Po dłuższym milczeniu odezwał się Tom:
- Hej Mike, mogłeś to sobie darować. Widziałeś przecież, że nie może chodzić.
- Błagam, powiedz, że robisz sobie ze mnie jaja.
- Nie. To znaczy... no wiesz, ja nie byłbym z siebie taki zadowolony kopiąc po twarzy człowieka z ograniczoną sprawnością ruchu,
- Czy ty siebie słyszysz? On chciał ją zgwałcić! To najbardziej nieludzka zbrodnia, jaka istnieje, a ty go jeszcze bronisz?!
- Spokojnie, kowboju. Bo się zagalopujesz na śmierć.
- Sorry, nie chciałem krzyczeć, ale wiesz - emocje. Wyobraziłem sobie, że na jej miejscu mogłaby być Andrea i nie potrafię wymazać tego obrazu z pamięci. Rozumiesz, martwię się, że kiedyś coś może jej się stać, a ja nie będę w pobliżu. Nie wybaczyłbym sobie tego.
- Człowieku, daj spokój. Nie możesz chronić nikogo przed życiem.
- Masz rację, chyba zamieniam się w nadpobudliwego chłopaka - tatuśka. - uśmiechnąłem się pod nosem.
- Pewnie byś chciał, ale nie rośnie ci broda. - roześmiał się. Co za wredota.
Wyszliśmy z plątaniny ulic na chodnik z widokiem na zatokę.
- Patrz, ten prom płynie chyba do Bremerton. Może zabierzemy się z nimi i raz na zawsze uwolnimy Yuriego od matczynego ciemiężcy.
- Ja mogę sterować! Kapitan Wisniewski brzmi całkiem przyzwoicie, nie uważasz?
W odpowiedzi zdobyłem się tylko na krótkie "Taa" Wpadłem w zamyślenie. Ludzie mijali nas z pośpiechem. "To dziwne - każdy ma jakieś miejsce, gdzie musi być. Tylko ja nie." Przez chwilę poczułem się niezwykle samotny. "Sam w mieście pełnym ludzi - ironia." Zapatrzyłem się w wodę. Słońce kładło na niej swoje promienie, próbując przebić się jak najbliżej dna. "Piękny dzień na rozmyślanie o gwałtach." - pomyślałem.
- Jak sądzisz, dlaczego ludzie to robią? - zapytałem cicho, przechylając się przez barierkę.
- Co?
- Dlaczego ranią innych?
- Znowu o tym myślisz? Daj sobie wreszcie spokój, nawet nie wiemy, co naprawdę wydarzyło się między tamtymi ludźmi. Skąd wiesz, że facet serio chciał to zrobić?
- Wiesz, nie znam tego debila, nie znam nawet jego imienia,  ale mam intuicję i ona podpowiada mi, jacy inni naprawdę są. Łzy tej dziewczyny nie mogły kłamać. - Zmrużyłem oczy, patrząc w słońce. Wydawało mi się jeszcze większe i jaśniejsze niż zwykle - jakby sam Bóg chciał poprawić mi humor.
- Dość tej babskiej gadki, idziemy na pizzę! - odezwał się Tom. Powlokłem się za nim. Właściwie chętnie zostałbym tam jeszcze chwilę, miałem ochotę pogapić się bez sensu na zatokę i spokojnie przemyśleć kilka rzeczy. Zgaduję, że nikt nigdy nie wymyśli lekarstwa na refleksyjną naturę.
Wmaszerowaliśmy do pierwszej lepszej pizzerii. Nie chciało mi się za bardzo jeść, ale Wisniewski z radością mnie wyręczył, pochłaniając prawie wszystkie moje kawałki. Zastanawiałem się tylko, dlaczego wszyscy wokół tak dziwnie się na mnie gapią. Nachyliłem się do przyjaciela.
- O co im chodzi? - wskazałem głową na ludzi przy stolikach obok, niektórzy z nich ukradkiem spoglądali w naszą stronę.
- Jesteś cały uwalany ziemią i masz zaschniętą krew pod nosem, geniuszu.
- Hej, moja twarz, moja sprawa. - zrobiłem pseudo-oburzoną minę, doprowadzając do śmiechu naszego gitarzystę.
- Pewnie myślą, że dziewczyna cię przyłapała na zdradzie, czy coś.
- I zafundowała mi make up w stylu break up?
- Dokładnie!
- Dobra, spadamy. Muszę się umyć.
- Jeszcze nie skończyłem! - zaoponował. - Poza tym mieliśmy iść szukać mieszkania.
- To idź. Mi się już nie chce.
- W porządku, pójdę sam.
- Wiesz gdzie zacząć?
- Wczoraj Travis powiedział mi o czymś, co kiedyś było akademikiem, ale coś tam się nie udało i teraz stoi na wpół puste. Może byśmy to sprawdzili.
- Proszę bardzo, wiesz gdzie to jest?
- Nie, ale mogę się zapytać. Nazwał to Drippy House,
- Ou, to nie brzmi zbyt dobrze.
- Przestań, może to tylko nazwa.
- Miejmy nadzieję. Idź już, ja wracam.
- Jak chcesz.
Obserwowałem jak podbiega do jakiejś, na oko czterdziestolatki, rozmawia chwilę, a później rusza przed siebie i skręca w jedną z bocznych uliczek.  Ja, wbrew temu, co mu powiedziałem nie zamierzałem jeszcze wracać do hotelu. Naprawdę miałem potrzebę powłóczyć bez celu i równie bezcelowo porozmyślać o wszystkim i o niczym. Czasem miałem takie odpały, że lubiłem pobyć w swoim własnym towarzystwie. Spacerując powoli wzdłuż ulicy natknąłem się na sklep papierniczy - jednym słowem przeznaczenie. Przeszukałem kieszenie i znalazłem resztę po obiedzie, a może raczej kolacji. Wyszedłem ze sklepu z zeszytem, długopisem i chęcią przemienienia moich rozważań w tekst piosenki. Znalazłem zejście bezpośrednio nad wodę. "Teraz już tylko ja, pusta kartka i zachód słońca" - pomyślałem - "A Tom niech się szlaja gdzie chce".

Tom D:


Siedziałem na kocu piknikowym wraz z Sarah i jej przyjacielem, chociaż szczerze wolałbym, aby go tam nie było. Miałem wrażenie, że moje serce stawało do góry nogami przy każdym spojrzeniu na tę drobną, żywiołową dziewczynę. A przecież dopiero co się poznaliśmy! To zwykle tak szybko nie działa, przynajmniej tak mi się wydaje. Właśnie zauważyłem brak moich świrniętych kompanów, ale zbytnio się tym faktem nie przejąłem, Spróbowałem rozśmieszyć dziewczynę dowcipem o dziadku w centrum handlowym i chyba jej się podobało, bo nie wywróciła oczami jak wszyscy inni, gdy zaczynam opowiadać żarty. Tamten blondyn w sumie nie był aż taki zły, przynajmniej udawał, że go to śmieszy. Inna sprawa, że zaczynałem być o niego trochę, em, zazdrosny. Wiem, że to głupie, ale nie podobało mi się w to, w jaki sposób ona zdrabniała jego imię do "Charlie". Dlaczego mnie nie mogła nazywać "Tommy"?  - to by było słodkie. "trzeba by jakoś wkraść się w jej łaski." - pomyślałem. "Niech zobaczy, jakim zajebistym facetem jestem. Bo jestem, prawda?" Cholera, gadam sam ze sobą, zamiast gadać do niej. Okej, Thomas, ogarnij się.
- Ej, a co byście powiedzieli na wypad do kina? Stawiam bilety. - ok, chyba uratowałem nas przed klątwą niezręcznej ciszy.
- Pewnie! Świetny pomysł, no nie? - odpowiedziała Sarah, trącając kolegę w ramię,
- Pójdę z tobą, gdzie tylko zapragniesz, milejdi. - poderwał się i wykonał teatralny ukłon.
"Nie podlizuj się, stary, nie chcesz mieć do czynienia z gniewem sir Delonga" - Rany, o mało co tego nie powiedziałem. Zluzuj, Tom - ona jest twoja.
- Więc chodźmy. - wstałem i zacząłem wrzucać pozostałe żarcie do kosza, potem zabrałem się za zwijanie koca i nie wyszło nawet tak krzywo, jak zwykle. Nie zmienia to faktu, że dalej było krzywo.
- Dzięki, Tommy. - uroczy uśmiech zawitał w kącikach jej ust.
Błagam, niech ktoś powie, że to nagrał. Anioł zdrobnił me imię, czuję się zbawiony.
Będąc w kinie stwierdziliśmy, że raz pozwolimy dziewczynie wybrać film. Czy one naprawdę nie widzą, że wszystkie komedie romantyczne mają jedną i tą samą fabułę? W każdym razie nie dane mi było zobaczyć finałowego pocałunku Jordana i Sally. Wyprowadzono mnie, gdy ochrona zorientowała się, że przez cały seans podjadałem resztki z koszyka. Nienawidzę tego, że do kin nie można wnosić własnego jedzenia. No dobra, to nie było moje jedzenie.
Stałem przed budynkiem i obserwowałem jak dzień powoli zmieniał się w wieczór, pożałowałem, że nie wziąłem ze sobą bluzy. Spojrzałem w stronę wejścia "O, jest i moja ślicznotka. Ale nakręcona, chyba film jej się podobał."
- Muszę już iść. - powiedział Charles.
- Nie idź jeszcze!
- Muszę, zaprosili mnie.
- Ech, w porządku. Ale zadzwoń jutro, proszę.
- Masz to jak w banku. Cześć. - zamachał jej ręką, a ona doskoczyła do niego i stanęła na palcach, aby siarczyście pocałować go w policzek.
- Cześć, Tom. - powiedział, po czym oddalił się w swoją stronę.
- Cze... - urwałem w połowie, mój mózg właśnie skończył przetwarzać co się stało. Pocałunki, zdrobnienia, piknik tylko we dwoje. Jakim cudem mogłem być tak ślepy? Byli parą, to oczywiste że byli! I ja - idiota myślałem, że mam szansę. Serio wydawało mi się, że ktoś taki jak ona może być wolny? Poczułem silne zmieszanie. Coś, jakby gwoździe w żołądku. Wpatrywałem się w blondynkę przez chwilę. Było mi tak niemiłosiernie smutno.
- No... to ten, ja chyba też już pójdę.
Przestąpiłem z nogi na nogę.
- Hej. Wiesz, miło było cię poznać. Może się jeszcze kiedyś zdzwonimy?
- Pewnie. - odwróciłem się z zamiarem odejścia.
- Czekaj, nie chcesz mojego numeru?
- O, ta, jasne. Zapomniałem.
Wyjęła długopis ze swojej torebki i zapisała mi numer na ręce. Odwróciła się i poszła, a ja nie mogłem odwrócić od niej wzroku, choć chciałem. A może nie chciałem? Kiedy moja nowa miłość zniknęła za zakrętem, gapiłem się w tamto miejsce jeszcze chwilę, ze złudną nadzieją, że zaraz wybiegnie zza rogu i mnie także zaszczyci pocałunkiem. Oczywiście nic takiego się nie stało. Powlokłem się więc w żółwim tempie do domu. "Mogłem zaproponować horror. Może zamiast go całować, przywaliłaby mu siekierą w głowę." - pomyślałem ponuro. Otwierając drzwi, natrafiłem na leżącego na kanapie Marka, oglądającego jakiś serial z piwem w ręku. Nawet na mnie nie spojrzał, gdy przeszedłem mu przed nosem. W sypialni zastałem Travisa, który siedział na łóżku.
- Co mu się stało? Jest jeszcze bardziej poobijany niż wcześniej. - spytałem, przysiadając się.
- Nie wygląda dużo lepiej niż ty.
- Co masz na myśli?
- Wzdychasz głośno jak jakiś kombajn. Serio, było słychać aż z korytarza. I ta mina a la zbity pies. Co się stało?
- Kłopoty sercowe. - oparłem głowę na ręce i ponownie westchnąłem.
Uśmiechnął się smętnie.
- Wiem coś o tym.
No, przynajmniej nie jestem sam.

~*~

Ok, mamy nadzieję, że komukolwiek podobał się nowy post. Trochę melancholijnie na koniec, więc wstawiam optymistyczne zdjęcie pana Wisniewskiego. On to czuuje :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz