poniedziałek, 1 lutego 2016

Tom W:


Rano Yuri wyjechał, a my cały poniedziałek spędziliśmy na ganianiu za mieszkaniem. Co jak co, ale właściciele powinni się postarać się przynajmniej udawać miłych, kiedy przychodzą do nich klienci. Nie żebym miał jakieś wygórowane potrzeby w temacie savoir vivre , ale ci z którymi rozmawialiśmy, wydawali zdrowo rąbnięci. Jak mówiłem, przez kilka ostatnich dni łaziliśmy po mieście w poszukiwaniu zakwaterowania, ale wszystkie czynsze były za wysokie do regularnego spłacania. Pomyśleliśmy, że zostawimy ogłoszenia w lokalnych gazetach w spokoju i zagłębimy się nieco w miasto z nadzieją, że uda nam się coś znaleźć. W końcu ktoś, kto tanio sprzedaje mieszkanie, nie może mieć hajsu na reklamę w gazecie, nie? Wyszliśmy z naszego hotelu i skierowaliśmy się do jednej z wielu wysokich, starych kamienic blisko centrum. Wisiała na niej kartka z informacją o wynajmie. Jakiś pan - wysoki, sztywny elegancik z koszulą w spodniach otworzył nam drzwi i bacznie przyglądał się każdemu z osobna przez jakąś minutę, zanim zdecydował się nas wpuścić. Poprowadził mnie i Mika przez korytarz do swojego biura, co chwila odwracając się i posyłając nam długie, podejrzliwe spojrzenia. Pokój był przerażająco schludnie utrzymany. Rozsiedliśmy się wygodnie na krzesłach, kiedy to typ wolno podszedł do biurka i delikatnie usiadł na samym rogu swojego fotela, jakby bał się, żeby go nie ubrudzić, czy coś. Domyślaliśmy się już, że mamy przerąbane, ale było gorzej niż myśleliśmy. Koleś przez ponad godzinę wypytywał nas o: poprzednie miejsce zamieszkania, wiek, zawód, imiona i nazwiska rodziców, wiek i miejsca pracy naszych rodziców, numery pesel, a nawet grupę krwi, oraz szczegółowy opis wszelkich urazów i badań lekarskich. To było naprawdę podejrzane, bo niby po co mu to było? Chciał nas sklonować, czy jak? Już sobie wyobrażam to laboratorium szalonego naukowca, ukryte za regałem i co gorsza, cudowne życie z dwoma Mikami. Nigdy nie mógłbym się dostać do lustra, bo jeden z nich by tam stał i się pindrzył. W każdym razie, kiedy zaczął pytać o korzenie naszych rodziców, mój przyjaciel po prostu wstał, otworzył drzwi przesadnie mocnym kopem i wyszedł. Chwała mu za to. 
Po 'przesłuchaniu' zapuściliśmy się w północną stronę miasta. Podpytując miejscowych, znaleźliśmy blok, gdzie mięli podejrzanie tanie mieszkania. Zadzwoniliśmy domofonem, ale nikt nam nie otworzył. Na szczęście zamek był wyłamany. Na klatce nie pachniało zbyt ciekawie, ale postanowiliśmy to zignorować. Zapukaliśmy do pierwszych lepszych drzwi, w celu dowiedzenia się, na którym piętrze wynajmują pokoje. Otworzył nam podstarzały człowiek, w samych bokserkach i podkoszulku - żonobijce i rzucając na nas pogardliwe spojrzenie, stwierdził:
- Nie przyjmujemy tu obcych. - Powiedział to co najmniej w taki sposób, jakbyśmy byli z innej planety. Miałem coraz silniejsze wrażenie, że każdy w tym mieście chciał nas zabić.
W końcu znaleźliśmy odpowiednie drzwi. Tym razem, otworzyła nam kobieta w kowbojskim kapeluszu. Mogła mieć trzydzieści kilka lat. Bez słowa poszła w głąb swojego mieszkania. 
- No co, wchodzicie, czy zamierzacie tak tu stać i się gapić? - usłyszeliśmy. Weszliśmy do środka. Panował tam niezły syf, ale babka wyglądała na samotniczkę, poza tym my też nigdy nie byliśmy specjalnie schludni.
- Walnijcie się koło mnie. - powiedziała, przeskakując przez oparcie jakże pięknej, żygozielonej kanapy. Kiedy usiedliśmy, odkorkowała coś, co najprawdopodobniej było tanim winem, wzięła łyka z gwinta, po czym podała mi butelkę.
- To co, pijecie? - spytała.
- Eeeem. Wiesz, może najpierw zobaczylibyśmy mieszkanie. - odpowiedziałem.
- Taaa, są na przeciwko. - rzekła, rozwalając nogi na stoliku do kawy. Domyśliliśmy się, że nikt nie raczy nas oprowadzić, więc wyszliśmy za drzwi na korytarz i otworzyliśmy te na przeciw. Nie wierzyłem własnym oczom. Było czysto i nawet ładnie, a to ostatnie czego się tam spodziewałem. Obejrzeliśmy trzy pokoje i łazienkę i wszystko wyglądało naprawdę nieźle. Ale ogólnie, trochę mnie niepokoiło to miejsce.
- Ej, Mike, na pewno chcemy mieszkać u tej szurniętej baby? - zapytałem.
- Oj przestań, może jest po prostu wyluzowana?
- Tak, ten kolo z dołu też jest wyluzowany?
Zdecydowaliśmy wejść z powrotem do środka. Tym razem miała na sobie tylko podkoszulek i krótkie spodenki. I oczywiście nieodłączny kapelusz. Reszta leżała na podłodze.
- Iii? Bierzecie?
- Nawet tu fajnie. - stwierdził Herrera, przeskakując przez oparcie jak nasza walnięta właścicielka. Podała mu butelkę, a ten wypił trochę, skrzywił się i stwierdził:
- Smakuje jak siki.
- Wiem. - roześmiała się, a on poszedł jej śladem.
"No proszę, trafił swój na swego" - pomyślałem. Gadaliśmy jeszcze około czterdziestu minut, ogólnie o wszystkim, tylko nie o zakwaterowaniu. Zaczynało mi się robić coraz bardziej niezręcznie, ale widocznie mój kumpel i ta dziwna kobieta dobrze się bawili. Chichotała jak opętana hiena.
- Hej, Mike, a ile ty w ogóle masz lat? 
- Niecałe 21. A ty?
- Kobiet się o wiek nie pyta, mój drogi. - tu położyła mu głowę na ramieniu, a raczej uczepiła się go - Ale nie bój się, lubię młodszych. Są tacy... niewinni. - westchnęła teatralnie.
- Hej, chyba zrozumiałaś mnie trochę źle. Ja mam dziewczynę. - próbował się od niej odsunąć, ale ta nie chciała go puścić. Wczepiła się w niego jak rzep i patrzyła mu głęboko w oczy. Wydawał się trochę przerażony. Mi osobiście chciało się śmiać. Love story jak z dobrej komedii. 
- Nie spinaj się tak, kochany. Wydajesz się taki zagubiony. Chodźmy do sypialni, a pomogę ci się odnaleźć. - wyszeptała mu ostentacyjnie wprost do ucha. To się już robiło zbyt chore.
- No dobrze. No to ten, ty się... yyym. Wyszykuj. Znaczy... przygotuj. A ja tu sobie poczekam, ok?
Pobiegła jak szalona do łazienki.
- Zwiewamy. - jęknął, wybałuszając oczy. - Szybko.
Wzięliśmy nogi za pas, kopiąc po drodze porozrzucane na klatce schodowej strzykawki, zużyte w wiadomym celu i omijając rozbite szkło. 
- Przysięgnij, że nikomu o tym nie powiesz. - poprosił Mike dziesięć minut później, gdy ciągnąłem go na dalsze poszukiwania. Był bardziej niż trochę zszokowany i nie chciał już nigdzie iść. W sumie, nie dziwiłem mu się.
- Wszyscy się dowiedzą! Wyobrażasz sobie te nagłówki w czasopismach? Niejaki Michael Herrera, w dzikim romansie z podmiejską ćpunką, prawdziwa historia! - dostałem w ramię. Mocno.
Udało mi się namówić go na jeszcze jeden, ostatni spacer. Znaleźliśmy jedno naprawdę ładne miejsce, tym razem na południu miasta, z daleka od adoratorki Herrery. W środku zastaliśmy przemiłą starszą panią, która przywitała nas ciastkami i popołudniową herbatką. oprowadziła nas po niedużym, zadbanym mieszkaniu. Lokum wydawało się naprawdę ok. Nie mięliśmy wątpliwości, że chcemy tam zostać na dłużej. Podczas gdy siedzieliśmy w jej salonie, krucha staruszka przygotowywała wszystkie potrzebne dokumenty. Do moich nóg zaczął się nagle łasić mały, czarno-biały kociak. 
- Co za słodkie stworzenie. Jak się wabi? - grzecznie zapytał Mike.
- To Mruczuś, moje oczko w głowie. - uśmiechnęła się pani. - Lubicie koty?
- Oczywiście, uwielbiamy. - odpowiedział wystawiając zęby na światło dzienne.
- Znowu flirtujesz? Wiem, że lubisz starsze, ale żeby aż tak? - szepnąłem blondynowi ze śmiechem do ucha.
- Co mówicie, chłopcy?
- Nic nic, proszę pani. 
- Tak właściwie bardzo chciałabym was lepiej poznać. Jak się nazywacie? 
- Ja jestem Tom, a to jest Mike.
- A macie jakieś prace? Co robicie w życiu?
- Gramy w punk rockowym zespole i jak na razie to tyle, pewnie się jeszcze czegoś złapiemy w przyszłości.
Po tych słowach z tą niewinną starszą panią stało się coś dziwnego. Gwałtownie wyprostowała się, posyłając w nas spojrzenie godne samego belzebuba. 
- Szataństwo! - wrzasnęła nagle. - Wynoście mi się stąd, synowie diabła! Egzorcyzm by się wam przydał, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! - darła się wniebogłosy.
- Ale proszę pani, jesteśmy zespołem chrześci... - zaczął się tłumaczyć kolega, ale przerwał mu ciśnięty z wściekłością talerz po ciasteczkach, który roztrzaskał się na podłodze za nim. Skąd ona miała tyle siły?
- Wzywam policję! - jej głos osiągał nieprawdopodobną ilość decybeli. Sama mogłaby zostać punkową wokalistką. 
Ewakuowaliśmy się szybko, zanim zdążyła się jeszcze bardziej rozkręcić. Jestem ciekaw, co powiedziała funkcjonariuszom. Po tym zdarzeniu oboje mięliśmy tego miasta po dziurki w nosie. Ruszyliśmy więc ze smętnymi minami w stronę hotelu.
- Czy mi się wydaje, czy wszyscy tutaj mają nie po kolei w głowie? - spytałem samego siebie.
- Ci, z którymi gadaliśmy wcześniej byli w miarę normalni, tylko mięli wysokie ceny. 
- To ja już wolę zostać przy tych z wysokimi cenami...
- Ciekawe, jak im zapłacisz. Kończy nam się kasa na hotel.
- Możemy znaleźć prace, Mike.
- Bezdomnym nie dają pracy.
- Ano, fakt.
Kiedy wróciliśmy do naszego pokoju hotelowego, była już prawie noc. Stwierdziłem, że muszę po tym wszystkim odreagować. Chciałem w końcu iść w jakieś normalne miejsce i najnormalniej w świecie się upić. Typowe, proste marzenie młodego mężczyzny. W Seattle było dużo klubów, kilka z nich dzisiaj mijaliśmy. Zapytałem przyjaciela czy idzie ze mną, ale on odpowiedział, że musi zadzwonić do Andrei. No tak, nie widział się aż tydzień ze swoją dziewczyną, to największy dramat w jego życiu. Wyszedłem, kiedy tylko przykleił się do telefonu, podejrzewając, że jak wrócę dalej będzie tam stał.

Travis:


Wszedłem do naszego zajebistego salonu, w którym to spędzaliśmy najwięcej czasu, jako że był jedynym pomieszczeniem w tym domu większym od klatki dla chomika. Zastałem w nim Delonga, siedzącego na podłodze, w pełnym skupieniu bazgrającego coś na kartce i Hoppusa opartego o kanapę, z akustykiem w ręku. Domyślałem się, że tworzyli jakieś nowe dzieło sztuki. Tom chyba miał natchnienie, bo pisał z niewiarygodną szybkością. Położyłem się na kanapie, kładąc stopy w pobliżu głowy Marka. Thomas wstał i podbiegł do naszego kolegi z nogą omotaną bandażami, jak u mumii. Pokazał mu kartkę, ten przeczytał, po czym spojrzał na Toma jak na idiotę.
- Serio? Kosmici cię uprowadzili? To głupie.
- A twoja piosenka o siedzeniu na drzewie z opuszczonymi gaciami już była mądra?
- Co? To był przecież szczyt inteligencji. On po prostu nie ogarnia mojego geniuszu literackiego, prawda Travis?
- Ta, Mark. Byłeś całkiem inteligenty, zanim upadłeś na głowę przy porodzie. - wtrącił się Tom, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
- Ja przynajmniej kiedyś byłem inteligentny.
- Frajer.
- Szmaciarz.
- Ciota.
- Cwel.
Tom ściągnął skarpetkę i podłożył Markowi pod nos. Hoppus odpowiedział tym samym i zaczęła się istna wojna. Niby byli tacy różni, ale gdy się kłócili, zamieniali się jakby w jedną osobę. Oczywiście rzadko kiedy robili to na poważnie. Potrafili rzucać głupimi wyzwiskami nawet przez godzinę, ale każdy kto ich zna, wie, że skoczyliby dla siebie w ogień. Po jakimś czasie okładania się wszystkim, co było pod ręką, stwierdzili, że zostawią tekst i zajmą się muzyką Czułem się w tym momencie trochę bezużyteczny, jako że to oni zawsze pisali piosenki. Nie chcę nawet mówić, co mi wyszło, kiedy ostatnio próbowałem. Nie wiem jakim cudem te bezmózgi są w tym dobre. Postanowiłem się gdzieś przejść. Kto wie, może poznam jakąś dziewczynę, która nie okaże się zimną suką? Poza tym miałem ochotę się napić. Ostatnio zamieniałem się w nałogowego alkoholika. A może to dlatego mnie rzuciła? Dobra, miałem o niej nie myśleć. Ten rozdział w moim życiu był zdecydowanie zamknięty. Wpadłem do pierwszej lepszej miejscówki, zamawiając na początek wódkę z colą. Usiadłem przy jakimś wolnym stole. Właściwie to połowa z nich była wolna. Żaden normalny, uczciwy obywatel nie może sobie pozwolić na balowanie w poniedziałkowy wieczór, ale na szczęście ja się do nich nie zaliczam. Bębniąc palcami po blacie, rozejrzałem się dokoła, w poszukiwaniu jakiejś samotnej laski do której mógłbym uderzyć, albo innych interesujących osobników. Ech, jak zwykle wszystkie są z kimś. W tym momencie do środka weszły trzy czy cztery osoby. Dwóch podstarzałych, prawie identycznych facetów w stylowych 'kaszkietach robola' i sztruksowych kurtkach, wymieniających krzykliwe uwagi na temat ostatniego meczu, jakiś przymulony gość z szopą na głowie, który wyglądał jak po wzięciu dobrego stuffu, ewentualnie kilku nieprzespanych nocach i inny, zupełnie zwyczajny koleś, który wydawał się być trochę zdezorientowany. Pewnie jest tu nowy. Z czystej nudy zacząłem się przysłuchiwać zaciętej debacie na temat wątpliwych zdolności nowego trenera. Zauważyłem, jak koleś z tornadem czarnych włosów chodził po podłodze w rytm muzyki lecącej z głośników nieopodal, pstrykając co jakiś czas palcami. Kiedy zbliżył się do mnie byłem pewny, że mnie wyminie i pójdzie tańczyć dalej, ale ten z hukiem opadł na siedzenie na przeciwko mnie i luzackim gestem oparł się łokciem o stół.
- Sieema, stary. Co u ciebie? - powiedział to w taki sposób, jakbyśmy znali się od lat, a jakoś faceta nie kojarzyłem. Zmierzyłem go wzrokiem. Nosił białą koszulkę poplamiona jakimś żółtawym sosem, a jego włosy sterczały niekontrolowanie w każdą stronę świata, ale najbardziej rzucał się w oczy jego zjarany uśmiech. To nie mogło być nic innego niż maryśka, ale sądząc po jego zachowaniu, wypalił jej zdecydowanie za dużo.
- Cześć, znamy się? - spytałem.
- Nie, no jeszcze nie. Jestem Dwight. A ty?
- Travis. Miło cię poznać. Tak z ciekawości to co cię tak urządziło? Wyglądasz jakbyś właśnie wrócił ze szkolnej bitwy na żarcie.
- Widać bardzo? Napadliśmy z kumplami na budkę z kebabem. Turek nie miał szans z naszymi pistoletami!
- Zastrzeliliście go? - wybałuszyłem oczy.
- Na wodę, porypańcu! - zadarł się ten cały Dwight i wpadł w jakąś fazę śmiechu. Czułem, że mogło być z nim zabawnie.
- Czekaj, a gdzie ci twoi kumple? Turek ich przerobił na kebaba? - Wybuchnął śmiechem, pierwszy raz ktoś się tak śmiał z mojego żartu. Około minuty później, kiedy nasz śmieszek złapał oddech na tyle, żeby mi odpowiedzieć, po prostu stwierdził:
- Oj, zgubili się. - i znowu złapał swoją fazę. Nagle przestał się śmiać. Usłyszeliśmy głośny trzask pękającego szkła. Później był krzyk:
- Coś ci się pomyliło! Nic ci nie zrobiłem!
Potem:
- Zapłacisz za to, cholero! - zobaczyliśmy jak jakiś spity w trzy dupy frajer z agresją popycha bruneta, który niedawno wszedł do lokalu. Poleciał w tył, potknął się o nogę krzesła i upadł.
- Nawet cię nie znam! - na jego twarzy widać było mieszankę zdziwienia i oburzenia.
Byłem pewny, że ten facet nic nie zrobił. Nie wyglądał na takiego. Poza tym, o tej godzinie kręciło się tu dużo pijanych pojebów. Nosili ze sobą kije baseballowe i walili do ciebie z mordą, jeśli powiedziałeś coś złego o ich ulubionej drużynie. Gdy tylko koleś się podniósł,  rozjuszony napastnik zaczął iść w jego stronę. Nachlany typek złapał drugiego za koszulę i wymierzył mu mocny cios w brzuch. Zgiął się, ale tym razem nie upadł, zamiast tego uderzył frajera pięścią w nos. Wszyscy zgromadzeni wiedzieli, że prawdopodobnie jest niewinny i wiedzieli też dobrze, że sam nie da sobie rady, a mimo to tylko gapili się na tę bójkę jak banda głupich kóz. Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że robię dokładnie to samo. "Może dostanę w ryja, ale nie będę kozą" - pomyślałem. Czułem, że zaraz rozpęta się tam istne piekło.
- Hej, ty! Zostaw go w spokoju! - krzyknąłem i postąpiłem krok w jego stronę.
- Ty też kurwa chcesz?! Napierdolę wam obu, a później pójdę do waszych zasranych domów i wyrucham wasze zasrane matki! - wydarł się na nas. Wydawał się naprawdę nabuzowany, ale nie obchodziło mnie to. Miałem zamiar powiedzieć mu, co o nim myślę.
- Tak? Chciałbym to zobaczyć. Nie wiesz nic o mnie, ani o mojej rodzinie, poza tym ledwo doczołgasz się do pieprzonych drzwi tego klubu. Wszyscy dobrze znamy takich jak ty. Myślicie o sobie jak o samcach alfa, wszyscy chcecie być przywódcami gangów, chcecie, żeby się was bano, a tak naprawdę większość czasu spędzacie na maskowaniu faktu, że sami się najbardziej boicie. -mówiłem coraz głośniej, stopniowo zbliżając się do tego tępego kloca. - Myślicie że nie wiemy po co wam te obcisłe podkoszulki, ogolone łby i pałki? Boicie się pokazać prawdziwych siebie, to oczywiste! Jesteście przerażeni, że mogą was nie zaakceptować, jak głupie nastoletnie dziewczynki, dlatego tworzycie wzajemne kopie i udajecie jebanych twardzieli! - Tu stałem już tuż przy nim, z palcem na jego torsie, patrząc mu z ogniem prosto w oczy. Kilkanaście sekund później, jego niezbyt bystra makówka skończyła przetwarzać to, co powiedziałem. Osoby, które wcześniej nachyliły się, aby lepiej widzieć mój dramatyczny wybuch, cofnęły się teraz, kiedy zarobiłem szybki i bardzo silny cios między oczy. Powinienem był się spodziewać, że nie będzie chciał ze mną kulturalnie podyskutować o swoich emocjonalnych problemach, ale nigdy nie byłem dobry w przewidywaniu ludzkich reakcji.
Oczywiście od razu spadłem na podłogę. Podniósł bym się od razu, ale zakręciło mi się w głowie. To naprawdę bolało. Wtedy podszedł do mnie brunet w brązowej koszuli - ten, który wcześniej też od niego oberwał - i pomógł mi wstać. Przytrzymał mnie pod ramię i patrząc się z politowaniem na typa spytał:
- I co, lepiej ci? Czujesz się dowartościowany, pokazując że jesteś od nas silniejszy? Zdradzę ci pewien sekret - życie to nie film. Nas jest dwóch, dwóch wściekłych kolesi, a ty jesteś jeden i nieważne jak silny byś nie był i tak skopiemy ci dupę! - o proszę, chyba poczuł sens mojego wcześniejszego monologu. Już go lubiłem.
- Dwóch?! Macie na myśli trzech wściekłych kolesi! - wydarł się entuzjastycznie Dwight i kilkoma susami doskoczył do nas, łapiąc mnie za drugie ramię. Staliśmy tak murem we trzech naprzeciwko tamtego ułoma, kiedy nasz uwalony sosem kolega, korzystając z tego, że wszyscy zwrócili na niego uwagę, znowu zaczął wyrażać swoje emocje.
- Wiecie co ludzie? Wiecie co oni robią z tymi pałami?! Wsadzają sobie w tyłki! Do tego mają mokro jak zobaczą ulubionego zawodnika. Weźcie sobie wyobraźcie, na meczu piwko i "biegnij stary!" a w domu kapcie - króliczki i wpis do pamiętniczka "Ooch, Johnson, ten z numerem 12 na mnie spojrzał. Kocham cię Johnsey!" - dobra, koleś chyba za bardzo się rozkręcił. Zaczynał coraz bardziej bredzić, ale nie powiem zabawnie mi się słuchało jego głupich tekstów. Ludzie do okola też zaczęli się śmiać, może dlatego że skakał jakby dostał padaczki. Typ skierował się ku niemu z miną typu "zobaczymy czy zaraz będziesz tak kozaczył", ale nasz najarany kolega był szybszy. - najwyraźniej oprócz zioła musiał wziąć jeszcze jakieś speedy. Rzucił się na niego i okładając go pięściami wrzeszczał coś o wymierzaniu sprawiedliwości. Oczywiście ja i brunet w koszuli dołączyliśmy się i sowicie podziękowaliśmy za limo, jakie każdy z nas z pewnością będzie miał pod okiem, po czym wykopaliśmy gostka z lokalu.
Później było już tylko lepiej. Kiedy wyżej wymienione stado kóz przestało w nas wreszcie wlepiać swoje gały, usiedliśmy we trzech do stolika, oblewaliśmy nasz sukces i długo gadaliśmy. Właściwie to głównie ja i Tom (bo tak miał na imię mój nowy znajomy) mówiliśmy. Dwight tym razem złapał coś w rodzaju zawieszenia, znowu stał się nieco zmulony. Patrzył w ścianę i co jakiś czas bredził coś o jednorożcach, czy wielkiej złotej lamie, cokolwiek to było.
- Co go tak załatwiło? - spytał Tom.
- A bo ja wiem? Hej, śpiąca królewno. Otwórz oczęta. - Dość intensywnie nim potrząsnąłem.
- Ccco? Do mnie mówicie?
- No. Chcieliśmy się dowiedzieć co spotkało ciebie i twoich kolesi.
Wtedy opowiedział nam historię swojego pobytu w Seattle. Zaczął od tego, że odkąd pamięta, mieszkał w małej wiosce gdzieś w Kentucky. W liceum wspólnie z kumplami postanowili udać się w podróż życia. Mięli zamiar zwiedzić całe USA wzdłuż i wszerz, zatrzymując się w każdym bardziej znanym mieście i naprawdę dobrze się bawiąc - zero obowiązków, zero ograniczeń. Brzmiało to jak typowa historia z jednej z wszystkim doskonale znanych głupawych komedii, ale tych szaleńców to nie obchodziło. Już w szkole zaczęli odkładać pieniądze, zatrudniając się w rozmaitych pracach na pół etatu i tak oto rok po zakończeniu nauki byli tutaj i imprezowali ile dali radę. To wyjaśniało jego niechlujny wygląd i totalne wyjebongo na wszystko wokół. W sumie myślałem że to wina dragów. Wyznał nam, że wziął jakieś pigułki i nie ma bladego pojęcia co to było.
Ta opowieść chwilę trwała, jako że koleś trochę się zawieszał i musieliśmy mu przypominać gdzie się znajduje, ale wydawało się że ten cały shit powoli przestaje działać, bo mówił już w miarę normalnie. Zgaduję, że jednym z objawów trzeźwienia był również wliczy głód, a może po prostu długo nic nie jadł? Kij wie. W każdym razie nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Czarnowłosy stwierdził, że strasznie mu ssie w żołądku, po czym wyszedł, mówiąc że zaraz wróci. I wrócił. Z ogromną pizzą. Nadal się zastanawiam jakim cholernym cudem udało mu się zjeść samemu sześć kawałków. A właściwie to on ich nie jadł, on je wpieprzał. No ale przynajmniej zostawił nam dwa pozostałe. Kiedy tak sobie jedliśmy i gadaliśmy, zapytałem Toma:
- Ej, a jak długo ty tu mieszkasz? Kiedy wszedłeś, wydało mi się jakbyś był tu nowy.
- Dobrą masz intuicję.
Następnie dane mi było już drugi raz tego dnia wysłuchać porypanej historii - tym razem na temat wszelkiej maści dziwaków, na jakich można się natknąć w moim mieście. Myślałem, że to Hoppus i Delonge są chorzy psychicznie, póki nie usłyszałem o kowbojce z przedwczesnym kryzysem wieku średniego, próbującej zaciągnąć do łóżka jego współlokatora. Naprawdę mocno lałem ze śmiechu.
- Ty to miałeś dzień pełen przygód, stary. - powiedziałem, trochę już zjechany od nadmiaru alkoholu.
- A w dupie mam takie przygody, chcę wreszcie znaleźć swój kawałek podłogi. I to najlepiej zanim do reszty zbankrutujemy.
- W ostateczności możemy wam udostępnić trochę naszej podłogi. Niby dużo jej  nie mamy, ale zawsze ktoś może spać w wannie, nie? - zaśmiałem się. - Chyba że nie chcecie mieszkać z bandą punrockowych wariatów bez zahamowań. Tak w ogóle słyszałeś kiedyś o Blink-182? To my! - dopowiedziałem dumnie.
- To WY jesteście Blink-182? Jaja sobie robisz? Jasne, że o was słyszałem. Mój ziomek pożyczył mi wasz album, ten z dupą byka na okładce. Ogólnie przezajebista muza, ale zahamowań to wy rzeczywiście nie macie - roześmiał się. - Przyznaj się, skąd wzięliście te wszystkie odgłosy orgazmu ze zwierzętami?
- To mój drogi jest dobrze chroniona tajemnica. - puściłem oko.
Wtedy powiedział mi coś mega niespodziewanego. Grał w MxPx, kto by pomyślał! Słyszałem kilka ich piosenek i trzeba przyznać, że to było coś, czego warto posłuchać jeszcze raz. Miałem jedną koleżankę, która nie potrafiła przestać o nich gadać, uwielbiała ich. Jakim cudem miałem tyle wspólnego z randomowym gościem poznanym w klubie?
To była genialna noc, która niestety miała się powoli zamienić w dzień.
- Dobra, trzeba wracać do życia. - powiedziałem.
Po dłuższej chwili ciężkich prób udało nam się przywrócić do życia pewnego nieboszczyka, który słodko drzemał pod stołem z twarzą w pustym pudełku po pizzy. Zaoferowałem mu pomoc przy odnalezieniu przyjaciół, ale ten stwierdził, że pewnie jak zwykle są na dworcu i że jakoś trafi sam. Zachowywał się zadziwiająco normalnie. Zanim się obejrzeliśmy, po jego szopie czarnych włosów nie było śladu. "Porypany facet" - pomyślałem, proponując odprowadzenie do hotelu Tomowi. No wiadomo, pobity, trochę nachlany koleś, który dopiero co przeprowadził się do miasta mógłby mieć problem z dojściem.
Kiedy około pół godziny później wróciłem do moich chłopców, byłem mocno zdziwiony, że jeszcze nie spali. Zastałem ich w pokoju z gitarami w rękach - co to za nocny przypływ weny? Nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Tom grał coś, co zapewne miało być nową piosenką, skrzecząc "... and scary ordinary, explanation information, nice to know ya..." podczas gdy Mark brzdąkał na swoim basie i śpiewał sobie pod nosem ciche "dick, dick, dick, dick" - czyli w skrócie: wszystko było jak zwykle. Ja, zamiast się przyłączyć, po prostu padłem totalnie zużyty na łóżko koło nich i zasnąłem mimo skrzekliwego darcia Delonga.


~*~

Pod poprzednim postem napisałyśmy, że chyba był dłuższy od poprzedniego, a był takiej samej długości. Ale ten naprawdę jest dłuższy i o wiele dłużej się go pisało. W tamtym królowały opisy z perspektywy Toma i Travisa, ale to się akurat nie zmieniło. Spokojnie, inni też będą. Zachęcamy do skomentowania czy to szit, czy mniejszy szit i ogólnie - enjoy. 

wtorek, 12 stycznia 2016

Tom Delonge:


Obudziłem się w niedzielny poranek, a poranek znaczył w tym domu jakąś drugą po południu. Strasznie chciało mi się sikać. Poszedłem do klopa, z nadzieją że nie będzie tam Marka. Potrafił siedzieć w kiblu godzinami jak jakaś baba. Na szczęście nie było zajęte, bo naprawdę okropnie mnie cisnęło. Potem zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle mamy w lodówce coś oprócz słoika musztardy, stojącego tam od około sześciu miesięcy. Nie chcieliśmy go otwierać, bo obawialiśmy się że ta podejrzana zielona narośl ożyje i opanuje mieszkanie.Wszedłem do kuchni i zobaczyłem Travisa z głową na stole.Wyglądał na nieprzytomnego, więc z satysfakcją wrzasnąłem mu do ucha:
- Wstawaj parówo! - yeah, znowu udało mi się go przestraszyć.
- Zamknij mordę. - mruknął
- Coś ty taki nieszczęśliwy? Żadna pani nie skusiła się na twoje pałeczki? A może to tylko mały kacyk?
- Miałem problem z dziewczyną, jasne?! - warknął. Wow, był naprawdę wkurzony.
- Co, kolejna cię rzuciła? Znalazła sobie kogoś lepszego?
- Zawrzyj wreszcie ten głupi ryj! -  mocno rzucona szklanka o kilka centymetrów minęła moją głowę i wylądowała na podłodze pod szafką.
- Pojebało cię?! - Co ten idiota odpierdzielał? Mógł mnie przecież zabić! Wyszedłem stamtąd, zanim zdążył rzucić we mnie czymś cięższym. Nie zamierzałem poddawać się emocjom, tak jak on.

Mark:


Podczas brania prysznica usłyszałem głośne krzyki w kuchni. Serio? Z tymi idiotami nawet się spokojnie umyć nie można? Wytarłem się, ubrałem gacie i ruszyłem w stronę źródła hałasu, słysząc trzask zamykanych drzwi. Wchodząc do kuchni, zobaczyłem czerwonego ze złości Travisa. Rzadko widywałem go w takim stanie. 
- Co ci się stało? - zapytałem.
Idąc w jego stronę nastąpiłem na coś zimnego i bardzo, bardzo ostrego.  Co do cholery robiła rozbita szklanka na ziemi? Zawyłem z bólu i upadłem na podłogę, a on nawet nie raczył mi pomóc. Po prostu sobie wyszedł, jak ostatni dupek. Doczołgałem się do telefonu i podciągnąłem trochę do góry, aby strącić słuchawkę i zadzwonić do swojego kumpla, który miał własny samochód. Dzięki Bogu, że mięliśmy telefon akurat w kuchni. Po kilku sygnałach odebrał.
- Cześć Pete. To ja, Mark. Wiesz, potrzebuję pomocy. Przyjedź do mnie i zawieź mnie do szpitala, zanim tu skonam. Błagam, szybko.
- Co? Co ci jest, stary?
- Rana w nodze. Nie mogę chodzić, boli jak cholera.
- Ale na wylot?
- Weź sobie nie rób jaj i przyjeżdżaj.

Po dziesięciu minutach przyjechał Peter i pomógł mi wejść do samochodu, chociaż właściwie to nie chciał wchodzić do naszej kuchni, gdy zobaczył ten cały burdel. Gdy dotarliśmy do szpitala, zaprowadził mnie pod ramię do krzesła w poczekalni. Powiedział, że nie może ze mną zostać, bo ma umówione spotkanie. Świetnie, zostałem sam z rozwaloną stopą. Po chwili jedna z pielęgniarek, choć już stanowczo zbyt wiekowa na ten zawód posadziła mnie na wózku inwalidzkim i przywiozła do jednego z gabinetów lekarskich. Kazała mi tam poczekać na doktora. Kolejne 10 minut siedzenia na dupsku. Nagle do gabinetu wpadł mega zabiegany, czarnowłosy doktor, potrącając wszystko co znajdowało się na jego drodze. Szybko usiadł za swoim biurkiem i mierząc mnie wzrokiem spytał co się stało, jakby do cholery nie widział mojej nogi całej we krwi. Kulturalnie opowiedziałem, co mi się przydarzyło, na co ten tylko się skrzywił mówiąc że będzie musiał zszyć ranę. Nie sądziłem, że była aż tak głęboka. Musiałem poczekać kolejne kilka minut na zabieg, ale przynajmniej dali mi kule. Pokuśtykałem na jedyne wolne miejsce. Po jego zajęciu rozejrzałem się dookoła. Standard szpitali - krucha starsza pani po prawej, a po lewej... no nie, znowu on. Typek z baru. Co ten gość tutaj właściwie robi? Pomylił sobie szpital z salonem fryzjerskim? On też mnie zauważył. Popatrzył na moją przeciętą stopę, po czym powiedział:
- Hej, to chyba nie jest ten ketchup, który tak bardzo lubisz. - wredny uśmieszek, chyba myślał że jest zabawny.
- A ty tu po co? Pomyślałeś, że homoseksualizm jest chorobą i przyszedłeś się wyleczyć?
- Nie twój interes.
- Dobra, tylko pytam. Ale jak by co, to znam dobrą makijażystkę w mieście, moja siostra do niej chodzi. Może chciałbyś się zapisać, kolego?  - żartów o gejach nigdy dosyć, no nie?
- Dzięki, kochanie ale jestem zajęty. Odbieram siostrę kumpla z oddziału dziecięcego i lecę na próbę. W sumie szkoda, że nie będę mógł usłyszeć twoich dziewczęcych wrzasków przy dezynfekcji rany. -ok, koleś powoli zaczynał mnie wkurzać.
- Próbę? Robisz za sopran w kościelnym chórku? - powiedziałem z przekąsem.
- Dla twojej wiadomości, jestem wokalistą i basistą pop-punkowego zespołu, choć w sumie wątpię, że w ogóle słyszałeś o takim gatunku. Nazywamy się MxPx.
No dobra, to było ostatnią rzeczą, jaką się po nim spodziewałem. Kojarzyłem tę nazwę, ale przecież się nie przyznam, nie? Wyglądałoby to, jakbym śledził losy jakiejś bandy pawianów, które co dopiero dostały do rąk gitary.
- Ty? To ma być jakiś dowcip? To ja jestem najlepszym wokalistą i basistą w tym mieście!
- Doprawdy? Skromność chyba nie jest twoją mocną stroną. Gdzie grasz?
- W Blink-182, ale to nie twoja liga, blondasku. Gramy solidny, nowoczesny skate-punk.
- Przez 'nowoczesny skate-punk' mam rozumieć pop-punk? - zapytał.
- Jezu, ale masz niewyparzoną jadaczkę. To jedno i to samo. - stwierdziłem.
- Po prostu nie chciałeś się przyznać, że grasz ten sam gatunek, co ja. A tak poza tym, słyszałem o Blink-182.
- Co słyszałeś?
- No wiesz, banda debili, wokalista z wodogłowiem i takie tam. - przysięgam, gdybym nie był ranny, coś by się stało z tą jego dziewiczą buźką. Miałem zamiar trochę gościa postraszyć, gdy nagle zawołano mnie z gabinetu. Zabieg rzeczywiście nie był zbyt przyjemny, ale dało się przeżyć. Trochę szkła zostało w stopie. Wyszedłem po dwudziestu minutach z zabandażowaną kończyną, zastanawiając się jak ja do cholery wrócę do domu.

Tom Wisniewski:


Ile można odbierać dziecko ze szpitala? Zaczynałem się już niecierpliwić. Siedzieliśmy z Yurim w naszym nowym miejscu do prób już ponad godzinę, a jego dalej nie było. W sumie dobrze, że Ruley mimo wszystko przyjechał dzisiaj, mimo silnych protestów ze strony najważniejszej kobiety jego życia (chyba każdy się domyśla, o kogo chodzi).  Perkusja co prawda zmieściła się pod autobusem, ale reszta jego rzeczy została w Bremerton, więc następnego dnia musiał ponownie wyjechać. Siedział teraz na tyłach zagraconego pomieszczenia, wyjmując z nudów różne rzeczy ze starych pudeł i okazjonalnie rzucając nimi we mnie. Leżałem na podłodze i pogrywałem sobie spokojnie na gitarze jeden ze starszych kawałków Descendentsów, kiedy to dostałem prosto w twarz przedpotopowym damskim płaszczem. 
- Masz, będziesz w tym wyglądał sexy. - roześmiał się.
- Serio, wydaje się, że to coś bardziej w twoim stylu. - odpowiedziałem.
- Oj, przestań. Nie mam takiego wcięcia w talii jak ty, chudzielcu. - tu oberwał płaszczem w łeb.
-  Hej, jak myślisz, kiedy będzie Mike?
- Znając jego, wystawił nas dla jakiejś panny, a teraz klęczy na jednym kolanie, recytując miłosny poemat własnego autorstwa i patrzy jej głęboko w oczy.
- Albo poszedł na kebaba.
- No, to w sumie dość możliwe. .
Wtedy do pokoju wpadł Mike.
- No nareszcie. Co tak długo? - spytał Yuri.
- A nic, wiesz. Zagadałem się trochę z Jay Jay'em.
- Że najpierw były ploty, potem popołudniowa herbatka i mały kurs szydełkowania? - jak ja lubiłem z niego żartować.
- Dobra, ruszać dupska i gramy! - zarządził nasz tleniony przyjaciel.
Szło nam naprawdę nieźle. Mike napisał trzy nowe piosenki razem z tekstami. Wyćwiczyliśmy je do perfekcji w niecałe dwie godziny. Najbardziej podobała mi się ta jedna o nazwie "I'm Ok, You're Ok". Czuło się, że będzie z tego niezły hicior. Pomyślałem, że jeśli dalej będzie pisał piosenki w takim tempie, za miesiąc czy dwa będziemy mieli gotowy kolejny album. Miał gość talent.


Gdy skończyliśmy ćwiczyć, Ruley powiedział:
- Hej, myślicie że jak nie znajdziemy mieszkania, to będziemy spać tu na podłodze, razem ze szczurkami?
- Nie przesadzaj, Yuri. Trzeba wierzyć w cuda. - stwierdził Mike.
- Jestem głodny. Idziemy na hot-dogi? - spytałem.
- Chodźmy na hot-dogi! - odkrzyknęli zgodnym chórkiem.
Herrera wziął sobie parówkę z podwójnym chili. Już zawsze będę się zastanawiał jakim cudem on to zjadł. Ja ziałem ogniem z gęby po jednej porcji. Ten człowiek ma wielbłądzi żołądek.

Travis:


Nieco obawiałem się wracać do domu, po tym jak prawie zrobiłem krzywdę Tomowi i zostawiłem samego zranionego Marka, ale siedziałem w tym miejscu już od dobrych paru godzin. Po opuszczeniu mieszkania byłem na skraju wytrzymałości psychicznej. Wiedziałem, że jak stamtąd nie wyjdę, przywalę Bogu ducha winnemu Markowi. Może z godzinę wałęsałem się po ulicach. Nie zwracałem uwagi na przechodniów, ani na samochody. Chciałem po prostu odejść jak najdalej. Od ludzi, od problemów. Zaszyłem się w ruinach starej kamienicy, gdzie nikt mnie nie widział i nie słyszał, po czym zacząłem rozmyślać. Myślałem o tym, co działo się w moim życiu przez ostatnie dwa dni. Byłem w tym momencie wrakiem, a moja sytuacja totalną porażką. Po długich rozważaniach, stwierdziłem, że jedynym sposobem, aby uwolnić się od przeszłości, jest życie teraźniejszością. Musiałem się pogodzić z chłopakami, teraz. Nie wiem, ile czasu spędziłem w tej ruderze, ale zaczynało już zmierzchać. Wyszedłem z niej i skierowałem się w stronę domu. Uchyliłem drzwi do salonu. Na kanapie siedział Tom, więc usiadłem obok niego. Spojrzał na mnie, ja na niego i zapadła krępująca cisza. Przygniatała mnie ta ciężka atmosfera. Na szczęście, do pokoju przykuśtykał Mark z zabandażowana stopą i usiadł obok nas. Postanowiłem się wreszcie odezwać.
- Hej, Mark. Sorry za tą nogę. To ja rozbiłem szklankę w kuchni. I, nooo... czuję się głupio, że cię tak samego zostawiłem. - Wow, udało mi się to w końcu wykrztusić.
- Nie ma sprawy.  Tom powiedział mi, co się stało. Musiałeś się strasznie wkurwić. 
Wtedy wtrącił się Delonge:
- Ta. Wiesz, stary? Ja chyba też trochę przesadziłem. Chciałem po prostu być zabawny, a wyszło na to, że zostałem chujem roku. Wybaczysz nam, nie?
Czekajcie, bo czegoś tu nie kapuję. To ONI mnie przepraszali? Po tym wszystkim? Jak to możliwe?
- Ludzie, muszę ogłosić ważny komunikat! - krzyknąłem - Mam najbardziej chorych, powalonych i zdecydowanie najzajebistszych przyjaciół na świecie!
- To co? Braterski hug? - zapytał Tom
- Same się przytulajcie, pedzie. - prychnął Hoppus. Jeny, jak ja kocham tego gościa.
Thomas zamiast się przytulać pobiegł do kuchni, otworzył szafkę, po czym rzucił na kanapę sporych rozmiarów torbę. Było tam wszystko: piwo, jakieś tanie wina, wóda, a nawet paczka chipsów i kaseta z wypożyczalni filmów. 
- Porno? - spytał Mark.
- Tym razem stara komedia. Po tym, co kiedyś przyniosłeś do domu już nigdy nie wypożyczę pornosa. - powiedział ze śmiechem Tom.
- Czego się czepiasz? Na okładce była kobieta, a tu włączam i co? Festiwal fujar!
- Ej, to odpalamy w końcu ten film, czy będziecie tylko gadać?
Po moich słowach po prostu rozsiedliśmy się wygodnie i zaczęliśmy nasz pijany seans. Ot tak, romantyczny wieczorek w stylu Blink-182. To była świetna noc. I nawet film tak bardzo nie ssał.


~*~

Ten post chyba też tak bardzo nie ssał. Przynajmniej był dłuższy od poprzedniego. Zmieniłyśmy trochę taktykę i zaczęłyśmy pisać przez skype. Jak ktoś ma jakieś uwagi co do treści, mile widziane komentarze, chociaż jak na razie i tak czytają to tylko nasi znajomi ;)

sobota, 9 stycznia 2016

Seattle, Waszyngton 1998

Mark:


Eeech, mój brzuch znów daje o sobie znać. Czasem się zastanawiam, czy nie mam jakiegoś pieprzonego tasiemca w środku.
- Tooom, kupiłeś coś do żarcia?
- Sam sobie kup, cwelu. - odpowiedział, bazgrając po swojej gitarze
- Jeny, zawsze musisz być taki wredny? Idę coś kupić, ale zrób listę potrzebnych rzeczy.
- To co dziś jemy? Jajecznicę, czy spaghetti ze słoika? I gdzie w ogóle jest Travis?
- Poszedł do jakiegoś klubu. Myśli że wyrwie jakąś laskę na te swoje pałeczki.
- To co idziemy do baru, nie? Nie mam ochoty kolejny dzień jeść te zbełtane jajka.
- Dobra, to kończ to swoje arcydzieło i wychodzimy.
- Ok, tylko ubiorę spodnie.

Dwadzieścia minut później, kiedy Tom w końcu zwlekł tą swoją leniwą dupę z kanapy i łaskawie ubrał spodnie, poszliśmy do najbliższego baru mlecznego w okolicy. Jedyne wolne miejsce było przy oknie, więc usiedliśmy i zamówiliśmy jakieś meksykańskie żarcie (sami się zdziwiliśmy, że tam było, chyba trzeba tam wpadać częściej). Dostaliśmy swoje, jakże wykwintne dania i rozpoczęliśmy proces pochłaniania, gdy nagle ten idiota beknąl tak głośno, że słychać było poza barem. Teraz wszyscy się na nas gapili, a szczególnie ten tleniony blondyn przy stoliku obok. No, właściwie jaki tam z niego blondyn. Czarne odrosty na połowie włosów, kogo on chciał oszukać?
- No i na co się gapisz?! Kolega sobie beknąć nie może?! - ups, chyba powiedziałem to trochę za głośno, teraz jeszcze bardziej się na nas gapią.
- Kto, ja? My tylko spokojnie jemy frytki, to wy bekacie! Nic nie robimy, prawda Tom? - odpowiedział. Okropnie wkurzał mnie jego ton.
- Lepiej wracaj do swoich frytek blondasie, a Tom jest tylko jeden. I właśnie beknął!
- Co z wami nie tak? Wracajcie do zoo, może już wyczyścili waszą klatkę.
- Niezły tekst, przedszkolanka nauczyła? - czy on serio myślał, że może ze mną wygrać czymś takim?
- Słuchaj, nie chce mi się z tobą kłócić, następnym razem możesz przynajmniej udawać że znasz zasady savoir vivre i się po prostu zamknąć.
- Oooo, grzeczny chłopczyk ma dość? - zapytałem pieszczotliwym tonem
- Gówno o mnie wiesz! - haha, prowokacja zawsze działa. Z takimi to jak z bachorami.
- Dobra, daj spokój, Mike - powiedział drugi, którego ten fagas nazwał Tomem.
Gość jeszcze chwilę chciał się odszczekiwać, ale tamten go uspokoił. 
- Pedały - powiedziałem pod nosem do Toma, który całą naszą burzliwą rozmowę przesiedział, kończąc moją porcję. Co jeszcze mnie dzisiaj wkurzy? Musiałem zamówić frytki, bo ten debil wszystko mi zeżarł. Długo czekałem na swoje zamówienie, ale przynajmniej kelnerkę mają ładną. Chwila, a gdzie jest ketchup? Podszedłem do stolika jakiejś słodkiej parki, miziającej się co 10 sekund i zapytałem grzecznie, czy mógłbym pożyczyć ketchup. Gość powiedział, że niestety wyczerpał ostatnią porcję i nie wie, czy jeszcze coś z niego wycisnę. Rozejrzałem się po sali i nie zgadniecie przy czyim stoliku była jedyna butelka ketchupu. Tak, dobrze zgadliście. Podszedłem do tych dwóch głupków i ze sztucznym uśmiechem na twarzy spytałem:
- Czy mógłbym PROSZĘ pożyczyć wasz ketchup? - naprawdę nie wierzę, że coś takiego powiedziałem
- O, patrzcie kto przyszedł. Nasz dobry kumpel. - powiedział blondyn, uśmiechając się złośliwie.
- Dasz mi wreszcie ten ketchup, czy chcesz porozmawiać inaczej?! - ostatnio często puszczały mi nerwy, ale co miałem poradzić, naprawdę wnerwiał mnie ten idiota. Poza tym mieszkając z Tomem, trudno zachować spokój.
- No to zobaczymy, może tylko w słowach jesteś taki twardy.
- Dajcie już spokój, zachowujecie się jak małe dzieci. - wtrącił się ten jego brązowowłosy koleżka.
- On ma rację - Tom wychynął na chwilę znad góry mojego żarcia.
Później nie wytrzymałem i wyrwałem im butelkę, użyłem ketchupu, szybko zjadłem i pociągnąłem Toma, który jeszcze próbował kończyć moje resztki do wyjścia.
- Co ty w ogóle byłeś taki głodny?
- Potrzebuje jedzenia do życia, nie wiem jak ty.
Wróciliśmy w końcu do domu i poszedłem pod prysznic. W odróżnieniu od Toma, czasem go biorę. I gdzie ten Travis? Kilka godzin później śmierdząca alkoholem bomba obudziła mnie, kładąc się w moim łóżku. Strąciłem go w cholerę i wróciłem do spania.

Mike:

Kilka minut potem, gdy dwie niekulturalne ciotki wywlekły się z lokalu:
- Ej, Tom, co było nie tak z tym gościem? Co on mógł brać, że taki nerwowy?
- Jeszcze o nim myślisz? Zakochałeś się? Lepiej jedz frytki, bo już ci całkiem wystygły - powiedział, prawie leżąc na swoim krześle i bawiąc się plastikowymi widelcami. Popatrzyłem na swoje frytki i na przyjaciela próbującego zmontować wieżę Eiffla z plastikowych sztućców. 
- Dobra, wychodzimy. Nie chcę mi się jeść.
- Tak jest kapitanie! - zasalutował i zerwał się z siedzenia. Trzzt. Coś w jego krześle trzasnęło, po tym jak zerwał z niego swoje chude dupsko.
Rozśmieszył mnie tym faktem, skończyło się na tym, że całą drogę do hotelu popychaliśmy się, wymieniając uszczypliwe uwagi na temat jego wagi.
Mieszkaliśmy w hotelu, bo nie znaleźliśmy jeszcze dobrego lokum. To był nasz trzeci dzień w Seattle, po przeprowadzce z naszego rodzinnego miasteczka - Bremerton. Seattle było zdecydowanie większe od naszego zadupia i na początku nie bardzo wiedzieliśmy co robić. Ale w końcu jesteśmy już dorośli i najwyższy czas był wylecieć spod skrzydeł rodziców. Posiadaliśmy trochę kasy na hotel, ponieważ ostatni album naszego zespołu "Life In General" nadal sprzedawał się jak ciepłe bułeczki, ale nie mogło nam starczyć na długo, nie przy takich cenach pokoi. Zwłaszcza, że większość przetrwoniliśmy na życie w trasie, co na razie nam się za dobrze nie zwracało. No ale czego się nie robi dla fanów, nie? Mięliśmy zamiar znaleźć jakieś tanie mieszkanie i zamieszkać  we trzech z moimi bandmatami - Tomem i Yurim, a następnie porozglądać się za jakąś pracą dorywczą. Yuri jeszcze do nas nie dojechał. Miał małe problemy z zapakowaniem perkusji tak, aby można było ją wcisnąć w małą przestrzeń pod autobusem. Poza tym musiał się pożegnać z mamą. Lubię go tak bardzo, że trudno sobie to wyobrazić, ale czasem z niego cholerny maminsynek. W każdym razie, dalej nie znaleźliśmy chaty na naszą kieszeń. To serio nie jest takie łatwe. Mieszkania w dużych miastach kosztują co najmniej tyle, co pałace w Burgundii.

Yuri:


W Sobotni wieczór, zadzwoniłem do hotelu, w którym zatrzymali się Mike i Tom. Szansa, że którykolwiek z nich odbierze była mała, ale mimo wszystko postanowiłem spróbować. Zdziwiłem się, kiedy jednak usłyszałem coś oprócz ciszy w słuchawce, tyle że nie mogłem dokładnie określić co to takiego. Dziwny dźwięk, coś jakby szybkie szuranie miotłą po podłodze. Ale to z kolei nie miało sensu, tak na poważnie, który członek MxPx (oprócz mnie oczywiście) wziąłby się dobrowolnie za sprzątanie?
- Halo, mogę wiedzieć kto mówi?
Usłyszałem tylko dalsze szuranie i stłumiony głos, nucący "Should I Stay or Should I Go?" - i wszystko jasne, myjący zęby Tom. Jeśli gdziekolwiek usłyszysz słowa tej piosenki, to już wiesz, kto czeka za rogiem
- Hej, jak tam nowe lepsze, życie? - zapytałem wesoło, na co ten splunął i odpowiedział:
- Totalnie do dupy. Trzeba by sprzedać własną matkę, żeby wynająć tu mieszkanko wielkości schowka na miotły.
- Weź znowu tak nie dramatyzuj, zawsze przesadzasz, poza tym mojej mamy nie oddam nawet za złotą płytę!
- A za platynową?
- Hmmm... platynowa, powiadasz? Jasne, że nie! Nie jestem tobą.
- No pomyśl tylko, te wszystkie laski uganiające się za tobą i krzyczące "o mój Boże! Czy to ptak? czy to samolot? Nie, to pieprzony Yuri Ruley, podpisz mi się na ryju!" - zawsze rozwalało mnie jego parodiowanie kobiet, wyglądało na to, że rola obłąkanej fanki mu pasuje.
- Dobra, koniec żartów. Będę w środę rano, nie jutro. Wiesz, mama uparła się, żeby zrobić mi zapasy jedzenia na kolejny rok. - powiedziałem.
- Tylko tam nie zgłupiej od nadmiaru ciepłych zupek. - odparł. Czy ten koleś w ogóle potrafi mówić poważnie?
- No postaram się, a co tam z Mikiem?
- Jest jeszcze trochę wkurzony po tym, jak prawie wdał się w bitkę z jakimś typkiem w barze mlecznym.
- Myślisz że coś ten tego? - uśmiechnąłem się do słuchawki
- Taa, definitywnie wpadli sobie w oko. - stwierdził.
- Okej, to nie mam pytań. Oj, muszę kończyć. Mama woła. - rozłączyłem się.
- Tak, mamo. Jadłem już zupę. Tak, naprawdę.

Travis:


Dopalając swojego papierosa, kierowałem się w stronę parku, gdzie miałam się spotkać z moją Nancy. Chodziliśmy ze sobą od dwóch miesięcy i dalej nie mogłem przestać o niej myśleć; uwielbiałem te jej wielkie brązowe oczy i długie kasztanowe włosy. Zawsze ubierała się na czarno, ale w sumie mnie to kręciło. Lubiłem takie klimaty. I wtedy ją zobaczyłem, siedziała na ławce pośród drzew i wyglądała naprawdę super. Podszedłem do niej i powiedziałem:
- Wyglądasz pięknie - po czym dałem jej lekkiego buziaka w policzek.
Poczułem jednak, że coś nie gra, zachowywała się trochę nieswojo, była jakby zmieszana. Uchyliła się nieco po pocałunku, więc zapytałem:
- Hej, coś ci jest? Źle się czujesz?
- Nie wszystko w porządku... kochanie. - odpowiedziała, ale zabrzmiało to trochę, jakby nie chciała wypowiedzieć tego ostatniego słowa.
- No to chodźmy się przejść. - Złapałem ją za rękę i ruszyliśmy ku niedużemu jeziorku na skraju parku. Po kilku minutach spaceru usiedliśmy na trawię i patrzyliśmy na nieruchomą taflę wody.
- Ładnie tu - powiedziałem i delikatnie się do niej uśmiechnąłem
- Słuchaj, Travis. Muszę ci coś powiedzieć.
- Co się stało? - po jej tonie nie spodziewałem się usłyszeć niczego dobrego.
- No bo... myślę, że dalsze spotykanie się nie ma sensu. Wiesz, to nie tak, że cię nie lubię, bo lubię cię bardzo. Naprawdę. Ale, wiesz wydawało mi się, że jesteśmy do siebie podobni, ale po czasie zaczynam zauważać wiele rzeczy, w których się różnimy. Poza tym poznałam kogoś nowego. Nazywa się Tyson. Dobrze się dogadujemy i sam rozumiesz... Nie chcę cię ranić, ani nic, ale... - tu zabrakło jej słów. Wgapiałem się w nią krótką chwilę, zanim do mnie dotarło do mnie, co powiedziała.
- Co kurwa?! Jaki Tyson? Jak go znajdę, to mu jaja urwę! - dobra, teraz to byłem naprawdę wkurwiony, jak mogła mi to zrobić? Kochałem ją, troszczyłem się o nią, a ta nic!
W tym momencie zauważyłem, że przeszkliły jej się oczy, cudownie, jeszcze tego brakowało! Może chciała we mnie wzbudzić poczucie winy? Już sam nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim myśleć.
- Wiedziałam, że nie zrozumiesz. Jak zwykle, zachowujesz się jak dziecko. Widocznie nie dorosłeś do normalnego związku. - Ja nie dorosłem? Dobre sobie, to ona po dwóch miesiącach puszcza się z byle kim.
- Skoro było ci tak ze mną źle, to idź się pieprzyć z tym całym Tysonem! - warknąłem, na co ona odpowiedziała mi siarczystym plaskaczem.
- A wiesz co? Pierdolę ciebie, tego chuja i całe to gówno! - po czym wstałem i ruszyłem do ulubionego klubu, musiałem odreagować, nie chciałem wracać do domu w takim stanie. Nie chciałem już nic pamiętać. Nie pamiętam jak się tam dostałem, ale pamiętam, że wpadłem do środka jak proca. Ani się obejrzałem, a fala upojenia zalała mój umysł, niczym syrop na kaszel, oczyszczając go z toksyn. I przy okazji z reszty szarych komórek.
Gdy tak siedziałem przy stoliku, schlany w trzy dupy, zawołałem kelnerkę, żeby przyniosła mi więcej procentów i na odchodnym klepnąłem ją w tyłek. "A co mi tam, nie mam nic do stracenia. Gdzie tu jest kibel?"
- Co ty sobie wyobrażasz? - krzyknęła
- Co tak ostro, mała? - powiedziałem równo spojonym głosem - Bo wiesz, jestem sławnym muzykiem i chciałbym cię lepiej poznać.
- Naprawdę? - powiedziała z powątpiewaniem - a co ty niby mógłbyś grać?
- Jestem perkusistą najzajebistszego zespołu świata. Nazywamy się Blink- 182 i ostatnio daliśmy niezłego czadu w MTV. Żebyś wiedziała, jak głośno ludzie klaskali..
- Klaskali, bo to telewizja, idioto! Zapłacili im za to. - stwierdziła i odeszła.
"Głupia, zarozumiała baba. I wcale nie jest taka ładna... No gdzie ten klop?". Wiele więcej w sumie nie pamiętam, w pewnym momencie po prostu urwał mi się film.

Obudziłem się po południu na podłodze naszego jakże cudownego mieszkania z gigantycznym kacem - mordercą. Powoli podniosłem głowę, zastawiając się jak ja się tu w ogóle przywlokłem, bo na pewno nie na dwóch nogach.
- Boże, co tak śmierdzi? - zapytałem samego siebie - Aaaa, to pewnie ja.

~*~

Cześć, jesteśmy Basia i Sara. Przeszukałyśmy internet wzdłuż i wszerz i okazało się, że nie ma żadnego opowiadania po polsku o naszych ulubionych zespołach. Stwierdziłyśmy więc, że czas to zmienić, tworząc pierwsze fanfiction o Blink - 182 i MxPx. Także miłego czytania i zapraszamy do wyrażenia swojej opinii o rozdziale w sekcji komentarzy.